„Ulitował się tedy Pan i tak do nich rzekł: Ześlę mego syna, który odkupi grzechy wybranego ludu”. Znacie to? A: „Zbuntował się jednak syn, odwracając się do Stwórcy plecami i złorzecząc mu, nie chcąc wypełnić woli ojca”? Nie? To posłuchajcie…
Alternatywnych wizji życia Syna Bożego było już w literaturze polskiej kilka, z inkwizytorem Mordimerem Jacka Piekary na czele. Osobiście jestem wielką fanką tego typu zabiegów, dlatego też z zaciekawieniem sięgnęłam po zbiór Zima mej duszy Marcina Pągowskiego. I z przyjemnością stwierdzam, iż lektura tych trzech, znacznie się od siebie różniących, opowiadań okazała się bardzo ciekawym doświadczeniem. Choć akcja każdej z opowieści dzieje się w zupełnie innych czasach i realiach oraz posiada zdecydowanie odmienną stylistykę, to cały zamysł okazał się spójny. Spoiwem jest rzecz jasna główny bohater. A w zasadzie antybohater, bo daleko mu do kryształowych postaci, jakich w fantasy pełno. Hedaard jest cyniczny, skory do zadawania cierpienia i, być może nieumyślnego, łamania niewieścich serc. Jest też pieruńsko skuteczny w tym co robi i twardo dąży do celu. Jaki by on nie był. Postać została wspaniale rozbudowana, z każdą stroną poznajemy go coraz lepiej. Niestety nie mogę tego powiedzieć o bohaterach pobocznych. Trochę żałuję, iż każda z postaci występujących w książce została potraktowana raczej po macoszemu. Chyba tylko Küka z tytułowego opowiadania dostała jakąś przeszłość i charakter, by nie rzec charakterek – za co od razu wspięła się na podium moich ulubionych postaci kobiecych tej książki. Autor bardzo dobrze oddał jej zadziorność, zagubienie pomiędzy kapryśnym dzieckiem a dojrzałą, kochającą kobietą oraz wielką determinację. Tyle, że postaci, z którymi los zetknął Hedaarda jest tu zdecydowanie więcej.
Na tle bardzo dobrych opowiadań Zima mej duszy i Cena ułudy najsłabiej, co absolutnie nie oznacza źle, wypada dość poetycka historia Audovera. Choć ma świetną puentę i wciągającą narrację to mam spory żal do autora, że nie dał nam troszkę więcej, zwłaszcza jeśli chodzi o pogłębienie tytułowej postaci. Mam nadzieję, iż nie jest to ostatnie słowo Marcina i Audovera powróci jeszcze na łamach jakiejś innej historii. Jest to bowiem postać intrygująca, o której bardzo chętnie poczytam. Póki co mogę sporo powiedzieć jedynie o jej zgrabnej kibici i kuszącym dekolcie.
Od pierwszych stron rzucił mnie na kolana język – świetnie stylizowany, dosadny, momentami ostry, ale zawsze trafny. Czuć, iż autor kocha pisać i ma wyjątkowo lekkie pióro. Nawet jeśli narracja sprawia momentami wrażenie nieco poplątanej (miałam taki moment, że pogubiłam się zupełnie w historii), to zabawa językiem odciąga od tego uwagę. Bardzo dobre i dokładne opisy również umilają lekturę, nie wspominając już o rubasznym, czasem ironicznym humorze. Męskich czytelników może wręcz rozproszyć bardzo sugestywne opisywanie kobiecych wdzięków, więc radzę się przygotować. Dodatkowym atutem jest zaskakująca mieszanka inspiracji i odwołań do kultury czy literatury. Myślę, że ich poszukiwanie da czytelnikowi sporą dawkę satysfakcji. Do moich ulubionych momentów należą oczywiście mroczne i niepokojące Dziady, opisane w mistrzowskim stylu. Wisienką na torcie jest bardzo estetyczne i klimatyczne wydanie, choć tu raczej ukłony kieruję w stronę wydawnictwa.
Otwarta forma opowiadań świadczy, mam nadzieję, o tym, iż autor nie porzucił Hedaarda i zamierza kontynuować dzieło. Po lekturze Zimy mej duszy jestem gotowa na jeszcze większą dawkę emocji i bardzo chętnie przeczytam powieść. Na chwilę obecną traktuję ten książkowy debiut Marcina Pągowskiego jako smakowitą przystawkę, po której chciałoby się nasycić odpowiednim daniem głównym. Zapitym oczywiście solidnym antałkiem miodu z Trzech Dębów.
Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Uwielbiam literaturę obrazoburczą i do takiej, ze względu na główne założenie, zaliczyłabym prozę Marcina Pągowskiego. Czekam na moment, w którym pod kościołami zbierane będą podpisy, by zakazać publikacji opowiadań tego autora, gdyż rozsławi to imię jego ponad wszelką miarę. Czego mu z całego serca życzę.
Recenzja dla portalu
wtorek, 20 września 2011
Zima mej duszy, Marcin Pągowski
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie, Charles Yu

Każdy fan książek o podróżach w czasie jest pewnie zaintrygowany najnowszą powieścią Charlesa Yu, porównywaną za granicą do twórczości Douglasa Adamsa. I faktycznie, mamy do czynienia z bardzo interesującą historią, traktującą o wehikułach czasu, pętlach czasowych, ale przede wszystkim o ludziach, ich emocjach, marzeniach i relacjach.
Po powieść sięgnęłam z dużą dozą niepokoju. Nie czuję się najlepiej w klimatach science fiction, boję się, że warstwa naukowa takich powieści zwyczajnie mnie przerośnie. I muszę przyznać, że w trakcie tej lektury nie raz czułam się zagubiona. Książka obfituje w skomplikowane opisy, porównania i twierdzenia, o których nie jestem nawet w stanie powiedzieć, czy są prawdziwe lub choćby prawdopodobne czy poprawne w sensie logicznym. Trudno mi ocenić, czy pewne fragmenty to wywód naukowy, czy zwyczajny pseudonaukowy bełkot, dlatego nie podejmę się oceny tych aspektów. Czuję się trochę jak bohaterowie popularnego serialu IT Crowd w odcinku, w którym Jane prezentuje... Internet. Fani serialu wiedzą doskonale o co chodzi, w każdym razie uwierzę we wszystko. Na szczęście Charles Yu przygotował dla nas o wiele więcej.
Bohaterem powieści jest... Charles Yu, mechanik zajmujący się naprawianiem wehikułów czasu oraz pomaganiem ludziom, którzy z różnych powodów wpadli w pętle czasowe. Już ten zabieg artystyczny sprawia, że mamy do czynienia z powieścią quasiautobiograficzną, przez co lektura wciąga nas od pierwszych stron. Potoczysty, bardzo plastyczny język sprawia, że szybko wyzobrażamy sobie świat przedstawiony, malujemy obrazy scen, o których czytamy. Jednym z piękniejszych fragmentów, który nadal tłucze mi się po głowie jest ten opis: Powietrze nad nami jest gęste od smogu, na który składa się wilgotna mgła informacji i kłamstw wymieszana z gazem plotek, kłębami memów i, jak zawsze, błąkającymi się w poszukiwaniu adresata modlitwami. Jako że powieść jest przede wszystkim zapisem doznań i przeżyć jej narratora i głównego bohatera, to takich perełek w opisach znajdziemy o wiele więcej.
Choć język powieści jest piękny, nie oznacza to wcale, że taka jest również jej treść. Jest to historia głęboko przejmująca, przepełniona smutkiem i samotnością. Yu żyje poza teraźniejszością, poszukując swojego ojca, który pewnego dnia po prostu zniknął, jego matka przebywa w zakupionej za grube pieniądze sześćdziesięciominutowej pętli czasowej, w której przeżywa wciąż i wciąż to samo, pozornie banalne zdarzenie. Towarzysze naszego bohatera to TAMMY, cierpiący na depresję i bardzo niską samoocenę system operacyjny i nieistniejący, lecz ontologicznie niesprzeczny pies Ed. Nawet samo uniwersum Wszechświat 31, w którym rozgrywa się akcja powieści jest jakby złamane, pogrążone w ruinie. Usługi dostępne w stolicy to przede wszystkim hologramy byłych dziewczyn, a najczęściej kupowane produkty to fałszywe wspomnienia z dzieciństwa, boty kumplowskie na wieczór i oczywiście seksboty. Jest to powieść o człowieku, któremu przyszło egzystować w czasach galopującej cywilizacji i szaleńczego rozwoju technologicznego. O skomplikowanych, nieraz powierzchownych relacjach międzyludzkich i tęsknocie. Najsmutniejszy, ale jakże prawdziwy, jest fragment powieści, w którym widzimy relację rodzinną, uświadamiającą nam, jak często tracimy coś ważnego, zastanawiając się latami, jak to naprawić, zamiast po prostu być z drugim człowiekiem. Dużo do myślenia daje nam bardzo trudna relacja ojciec – syn zaprezentowana w książce. Warto zwrócić również uwagę na pewne, być może oczywiste prawdy o człowieku, jak choćby: Może całe dekady spędzamy, będąc kimś innym, unikając prawdziwych siebie. Może człowiek jest autentycznie sobą tylko przez kilka dni całego swojego życia. Myślę, że w powieści znalazło się naprawdę wiele wartościowych momentów, jednym ze smaczków jest również odwołanie do idealizmu platońskiego, bardzo zgrabnie wplecione w tekst powieści.
Prawdopodobnie każdy, kto lubi science fiction z przyjemnością sięgnie po powieść Charlesa Yu, zwłaszcza, że ukazała się ona w popularnej serii wydawniczej Nowej Fantastyki. Dla takich jak ja - laików jej lektura może okazać się jednak niełatwa. Mimo to uważam, że warto, bo poza całą fantastycznonaukową terminologią i gadżetami kryje się, jak to często bywa, człowiek. Dzięki temu bardzo różni czytelnicy znajdą tu coś dla siebie. Jedni zastanowią się nad paradoksami podróży w czasie inni pochylą się nad kondycją człowieka w dobie wielkiej cywilizacji.
Recenzja napisana dla portalu Fantasta.pl
sobota, 28 maja 2011
Lewiatan, Scott Westerfeld

Jeśli macie w sobie choć trochę z dziecka i lubicie młodzieżowe powieści przygodowe, kręci Was historia, a jeszcze bardziej jej alternatywne wersje, a ponadto lubujecie się w klimatach steampunku, to bez wątpienia ucieszy Was fakt, iż na polskim rynku ukazała się niedawno powieść Scotta Westerfelda – Lewiatan. To najkrótszy opis tego, czym jest ta książka. Mogę dodać również, że jest przesympatyczną lekturą, z którą warto się zapoznać.
Lewiatan to swego rodzaju historia alternatywna. Mamy rok 1914. W Sarajewie zamordowano arcyksięcia Ferdynanda wraz z małżonką i Europa szykuje się do wojny. To właśnie ten okres stał się inspiracją dla Scotta Westerfelda, który postanowił luźno oprzeć się na tych kilku faktach i stworzyć coś zupełnie objechanego. Naprzeciw siebie znalazły się dwa potężne obozy – darwiniści, odpowiednik Ententy oraz chrzęsty – Państwa Centralne. Oprócz polityki obozy te dzieli przede wszystkim rozwój technologiczny, choć w obu przypadkach zdecydowanie wyprzedza on prawdziwą epokę historyczną. Darwiniści lubują się w tworzeniu oszałamiających krzyżówek genetycznych, ich machina wojenna to przede wszystkim żywe organizmy, jak choćby tytułowy Lewiatan – okręt powietrzny, który jest jednocześnie potężnym ekosystemem. Chrzęsty brzydzą się eksperymentami tego typu i dlatego też ich wyposażenie wygląda zgoła inaczej. Dysponują zatem gigantycznymi maszynami kroczącymi, z których na czoło wybija się cyklop pożoga, potężna machina, którą prowadzi syn zamordowanego arcyksięcia, Alek. Oba rozwiązania robią ogromne wrażenie właśnie ze względu na to, że są nadal echem przyszłości. Ich opisy powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych czytelników.
Fabuła powieści skupia się na losach dwóch fikcyjnych bohaterów. Wymieniony wyżej nastoletni Alek, a w zasadzie książę Aleksander, po śmierci rodziców musi uciekać przed zamachowcami, którzy czyhają na jego życie. Z drugiej strony śledzimy przygody Deryn Sharp, młodej dziewczyny, która w przebraniu chłopaka dostaje się do brytyjskich Sił Powietrznych. Nie trudno zgadnąć, iż prędzej czy później ich ścieżki muszą się skrzyżować, nawet jeśli znajdują się po różnych stronach barykady. Jest to w zasadzie znany schemat fabularny, jednak nie odbieram tego jako wadę, gdyż mamy do czynienia z powieścią przeznaczoną dla młodszego czytelnika, a myślę, że taka powinna operować uproszczeniami. Podobnie wygląda sprawa liniowo prowadzonej fabuły i dość schematycznie potraktowanych bohaterów. Ileż było dziewcząt w męskim przebraniu, ileż przyjaźni narodziło się z początkowej, programowej wrogości? I mam nadzieję, że będzie ich jeszcze więcej. Autor zaplusował u mnie dość nietypową kreacją bohaterów kobiecych. Czytamy wszak o czasach, gdy ruch sufrażystek działa od niedawna, a pozycja kobiety w zmaskulinizowanym społeczeństwie jest wciąż bardzo niska. I nagle pojawia się odważna Deryn, która jest lepszym lotnikiem niż niejeden mężczyzna oraz dr Barlow – silna, czasem cyniczna, niezależna pani naukowiec, która nie boi się wykorzystywać swojej pozycji. Cieszę się, że autor poszedł w tę właśnie stronę, odrzucając dość typowy podział ról na kobiece i męskie.
Bohaterowie stworzeni przez Scotta Westerfelda wzbudzają wielką sympatię. Podział na białych i czarnych znów nie powoduje sprzeciwu – powieść młodzieżowa rządzi się wszak własnymi prawami. Bardzo przyjemnie czyta się więc o prostolinijnej i odważnej Deryn, choć jej wyczyny to nieco naiwne rozwiązanie. Trudno mi sobie wyobrazić by po kilku godzinach szkolenia ktokolwiek tak dobrze radził sobie w ekstremalnych sytuacjach, prezentując hart ducha większy od niejednego starego wyjadacza, ale znów składam to na karb gatunku, z jakim mamy do czynienia. Również z sympatią kibicujemy Alkowi w jego przyspieszonym dojrzewaniu. Jednego dnia jest przecież chłopcem mieszkającym na dworze, drugiego zaś traci rodziców i staje się uciekinierem walczącym o życie.
Powieść cechuje stosunkowo prosty, ale ładny język. Smaczku dodają wnikliwe opisy potyczek i maszyn wojennych. Barwnie opisane przygody, wzbudzające uśmieszek przekleństwa twardej Deryn, ciekawe zwierzęta (również prawdziwe!) – wszystko to sprawia, że Lewiatan jawi się jako wyjątkowo przyjemna i zajmująca lektura. Dodajmy do tego naprawdę ładne ilustracje i otwarte zakończenie, które pozostawia nas w bardzo emocjonującym momencie tej przygody. Jednym słowem mamy wszystko, co powinno przekonać nas do sięgnięcia po tę ciekawą powieść.
Spodobał mi się również pomysł autora z zamieszczeniem posłowia. Dzięki temu osoby nie obeznane w historii I wojny światowej mogą dowiedzieć się które fakty czy postacie były prawdziwe, a które pozostają jedynie wytworem wyobraźni autora. Znajdziemy tam również kilka naprawdę interesujących ciekawostek.
Powieść Lewiatan to specyficzna lektura. Łączy w sobie elementy steampunku i historii alternatywnej, lecz przede wszystkim pozostaje powieścią młodzieżową i jako taka powinna być odbierana. Jeśli będziemy o tym pamiętać, to gwarantuję przyjemną lekturę, w przeciwnym razie możemy poczuć się rozczarowani. Ja jestem oczarowana i z przyjemnością sięgnę po kolejny tom przygód przesympatycznej pary bohaterów. Myślę również, że niejednego młodego człowieka cyk ten skłoni do zainteresowania się prawdziwą historią I wojny światowej. Pytanie tylko czy bez steampunkowej otoczki będzie ona równie fascynująca? Oby!
Recenzja napisana została dla portalu FANTASTA.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Kamień Rozstania, Tad Williams

Nowa recenzja dla portalu Fantasta.
Cykl Pamięć, Smutek i Cierń Tada Williamsa należy do jednego z najbardziej popularnych i docenianych cyklów high fantasy. Kamień Rozstania to już drugi tom tego potężnego dzieła, wznowiony przez wydawnictwo Rebis w tym roku.
Podobnie, jak część pierwsza, Kamień Rozstania jest monumentalną epopeją, która wciąga nas w wir dalszych przygód znanych bohaterów. Tym razem celem, do którego dążą, jest tytułowy Kamień Rozstania, mityczne sanktuarium, owiane mgiełką tajemnicy. Od powodzenia tej podróży zależą oczywiście losy świata. Podróż Simona i Binabika przeplata się z losami uroczej i dzielnej księżniczki Miriamele, którą czeka sporo przygód i niebezpieczeństw, perypetiami udręczonego księcia Josui, knowaniami Eliasa i Pryratesa oraz walką o przetrwanie ludu podległego stojącej na granicy szaleństwa Maegwin. Jak widać mnogość wątków i postaci znowu okaże się najbardziej charakterystyczną cechą powieści. Bez Aneksu, ani rusz!
Muszę przyznać, iż Tad Williams wykreował swój świat z wielkim rozmachem i dbałością o szczegóły. Bywa to niekiedy męczące, jednak jednocześnie bardzo imponuje. Nasi bohaterowie trafią do niesamowitych miejsc, z których wymienić wystarczy niedostępne dla ludzi siedziby Sithów czy niezwykłą krainę trolli. Każdy z nich przedstawiony został nam dość dokładnie, każdy ma swoją historię i unikalny charakter. Sporo opisów, czy nie wnoszących zbyt wiele do akcji dialogów, przybliża nam te postacie i sprawia, że zdecydowanie łatwiej jest się z nimi identyfikować.
W powieści najbardziej doceniam brak typowych dla high fantasy rozwiązań. Choć Simon odnalazł miecz, który jest potężnym artefaktem, to jednak nie uzyskał on nagle niesamowitych mocy i, choć czasem sam jest zdziwiony, że nie działa to, jak w znanych mu legendach, musi sam pracować na każdy kolejny sukces.
Zachwycającym wątkiem jest dojrzewanie Simona. W drugim tomie jest on już zupełnie innym człowiekiem, niż wcześniej. Walka, śmierć i wyczerpująca podróż zostawiły na nim swoiste piętno. Choć sam uważa siebie za zwykłego chłopca podkuchennego, nikt nie ma już wątpliwości, że staje się mężczyzną. Nagle zaczyna przerastać wzrostem swoich towarzyszy, uczy się walczyć, przeżywa prawdziwy kryzys wiary, gdy zaczynają wykruszać się jego przyjaciele. Dusza zagubionego chłopca, zaczyna przekuwać się w duszę młodego wojownika. Dojrzewa również jego subtelne uczucie do Miramele.
Książkę wzbogacają wątki polityczne i religijne. Szczególnie rozbudowany został system wierzeń, w którym z jednej strony zaprezentowano stare wierzenie, zbliżone moim zdaniem do większości obrzędów pierwotnych, z drugiej zaś strony poznajemy nową, objawioną religię, wzorowaną bez wątpienia na chrześcijaństwie. Innym dodatkiem do akcji stały się pieśni, legendy i różnego rodzaju wiersze, a nawet dziecięce rymowanki, dzięki którym możemy poczuć, że ten świat mógłby naprawdę istnieć. Wszystkie elementy zaprezentowane w powieści tworzą bowiem spójną całość.
Niestety, choć doceniam ogrom wysiłku włożonego w kreację świata, w budowę historii i stworzenie tak wielu zróżnicowanych bohaterów, chyba nie zostanę fanatyczną fanką Williamsa. Owszem – Kamień Rozstania to dobra, a może nawet bardzo dobra powieść, jednak jej rozwlekłość, drobiazgowość w opisie świata, sprawiły, że znów zdarzało mi się zwyczajnie nudzić. Choć od samego początku rzuceni zostaliśmy w wir fascynujących przygód i byłam przekonana, że to spotkanie z prozą autora wypadnie znacznie lepiej, niż poprzednie, to jednak pozostaję nie do końca usatysfakcjonowana, choć zdecydowanie bardziej zadowolona z lektury niż ostatnio. Być może wynika to z faktu, że nie przepadam za high fantasy, a – mówiąc z przymrużeniem oka – Tolkien był tylko jeden.
Dlaczego jednak uważam, że powieść ta powinna stać się lekturą obowiązkową młodego człowieka? (Bo tak właśnie, wbrew pozorom, uważam). Otóż brakuje nam coraz bardziej literatury, w której jasno przedstawiono co jest dobre, a co złe. Literatury pouczającej, mówiącej bez zadęcia o podstawowych wartościach, jak miłość, męstwo, odwaga czy przyjaźń. Literatury, w której białe jest białe, a czarne - czarne. W oparciu o taką właśnie literaturę można budować solidny kręgosłup moralny i zdrowy, pełen wiary w dobro drugiego człowieka, obraz świata. Chciałabym, żeby moje dzieci czytały takie właśnie książki. Tak więc, dla miłośników gatunku, będzie to lektura nie tylko przyjemna, ale i wartościowa.
środa, 3 listopada 2010
Smoczy Tron, Tad Williams

Po dłuuugiej przerwie powracam, jako szczęśliwa, młoda małżonka ;) Mam nadzieję, że po ślubie wena będzie większa niż zwykle.
Prezentuję kolejną recenzję pisaną dla portalu Fantasta, tym razem na tapecie high fantasy.
Lubicie czarną magię, smoki, tajemnicze artefakty i wojny, które zmieniają bieg historii? Albo młode księżniczki, bohatera z ludu, drużynę i przygodę? Jeśli tak – sięgnijcie po Smoczy Tron, pierwszy tom uznanego cyklu high fantasy Pamięć, Smutek i Cierń, autorstwa Tada Williamsa.
Powieść rozkręca się bardzo powoli. Trafiamy na dwór umierającego króla Presera Johna, gdzie poznajemy sympatycznego, acz niezdarnego i wiecznie rozkojarzonego Simona, chłopca na posyłki, marzącego o bitwach, olbrzymach i morskich podróżach na wielkich lśniących okrętach… Chłopiec przypadkiem dostaje się na naukę u Doktora Morgenesa, zwanego Tym, Który Nosi Zwój, zamkowego lekarza i mędrca, który zna wiele legend i pradawnych historii. Czas płynie leniwie, Simon spędza u Doktora całe dnie, za co nie raz obrywa w ucho od Rachel, surowej, acz kochającej i w gruncie rzeczy pełnej ciepła ochmistrzyni, przyjaciółki zmarłej matki Simona. Wszystko zostaje wywrócone do góry nogami w chwili śmierci sędziwego, mądrego króla. Na dworze pojawiają się dwaj jego synowie – następca tronu Elias i jego młodszy brat Josua, który dość szybko znika w tajemniczych okolicznościach. Tymczasem Wielki Król robi się coraz bardziej podejrzliwy, rozdrażniony, niknie w oczach, a każdą wolną chwilę spędza w towarzystwie Pryratesa, Nabbańczyka, alchemika i czarownika, który sączy jad do jego ucha. Ciekawski Simon, który uwielbia zapuszczać się w różne zakamarki zamczyska, zupełnie przypadkowo trafia do mrocznej celi, w której, w nieludzkich warunkach więziony jest Josua. Oczywiście wraz z Doktorem uwalnia księcia i, ryzykując życie, pomaga mu w ucieczce z zamku. Od tego momentu staje się poszukiwanym przez Wielkiego Króla zdrajcą. Rozpoczyna się jego samotna, pełna udręki wędrówka. W tym momencie aż prosi się, by napisać, iż jest to pełna przygód i nagłych zwrotów akcji, pasjonująca podróż. Niestety dla mnie ta właśnie część okazała się najsłabszym ogniwem powieści. Rozwlekłe opisy, skupienie na niewiele wnoszących detalach, męczące sny i rozważania bohatera, a to wszystko na kilkuset stronach, sprawiły, że czytając o podróży Simona byłam zmęczona, znudzona i nierzadko przysypiałam nad kartami powieści. Rozważałam również przerwanie lektury, jednak dobrze, że tego nie zrobiłam.
Druga połowa powieści jest już o wiele ciekawsza. Poznajemy różne ludy, zaczynamy pojmować kierujące nimi antagonizmy, pojawiają się też najróżniejsze rasy: poza ludźmi i trollami świat zamieszkują legendarni Sithowie, wyniosła, tajemnicza rasa, przywodząca na myśl elfy. Aby pokonać zbliżające się potężne Zło, będzie trzeba odrzucić na bok nienawiść i nieufność oraz połączyć siły. Nad twierdzą unoszą się bowiem mroczne chmury.
Smoczy Tron to powieść oparta na utartych schematach, charakterystycznych dla high fantasy. Bohaterowie pozbawieni są w zasadzie niejednoznaczności – mamy więc do czynienia z czarnymi i białymi, dobrymi i złymi. Spotykamy dzielnych rycerzy, dla których najwyższą cnotą jest honor i odwaga oraz podstępnych morderców, którzy za nic mają jakiekolwiek zasady. Jedyną postacią, która może budzić zróżnicowane uczucia jest Wielki Król – niegdyś odważny i dobry, choć na swój sposób okrutny, obecnie zaś zżerany przez duchową chorobę, gwałtowny, nieprzewidywalny, podejmujący chaotyczne i tragiczne w skutkach decyzje. Interesujące może okazać się przeanalizowanie przyczyn takiego stanu rzeczy. Pozostali bohaterowie w zasadzie nie budzą większych kontrowersji, co wpisuje się w kanon tego gatunku.
Cała fabuła oparta została na motywie drogi. Najpierw będzie to podróż młodego, niedoświadczonego bohatera, następnie wyprawa drużyny po potężny artefakt, który ma uratować świat. Innym wymiarem drogi jest oczywiście psychologiczna podróż Simona ku dorosłości, dojrzałości i przemianie duchowej, przedstawiona zresztą w całkiem interesujący sposób. Rodzi to uzasadnione skojarzenia z Władcą Pierścieni. Uprzedzam, takich skojarzeń jest zdecydowanie więcej.
Pewne obawy budzić może nagromadzenie postaci, które przewijają się na kartach powieści. Chwila nieuwagi i możemy stracić rozeznanie, o kim właściwie czytamy, jakie są powiązania danej osoby z innymi bohaterami. Sprawę ułatwia nieco Dodatek w postaci aneksu bohaterów, podzielonych na ludy i rasy, chociaż ich charakterystyki są bardzo skrótowe. Przyznaję, że nie raz zmuszona byłam do skorzystania z aneksu, gdyż pogubiłam się w zawiłych relacjach łączących bohaterów.
Fani gatunku powinni sięgnąć po tę pozycję, mimo wielu moich zastrzeżeń i uwag. Ostatnie dwieście stron powieści czyta się już bardzo dobrze, pojawia się potężna, mroczna magia i stwory z piekła rodem, smok, magiczny miecz i epicka bitwa. Jeśli ktoś dobrze czuje się w takim klimacie, nie powinien być zawiedziony. Narracja staje się bardziej wciągająca, pojawia się coraz więcej humoru, w tle majaczy nam subtelnie wątek miłosny, przygoda goni przygodę, a to wszystko okraszone jest porcją świeżej krwi. Ja pozostaję nieco rozczarowana. Przede wszystkim rozwlekłością powieści, powolną akcją i faktem, że wszystko to gdzieś już było.
wtorek, 27 lipca 2010
Martwy aż do zmroku, Charlaine Harris

Na pierwszy ogień poszedł Martwy aż do zmroku, pierwszy tom sagi (tfu tfu, słowo saga kojarzy mi się ostatnio bardzo, bardzo źle) opowiadającej o Sookie Stackhouse, kelnerce z Luizjany. Sookie, młoda, dość zamknięta w sobie dziewczyna ma szczególny dar – słyszy ludzkie myśli, co bywa naprawdę męczące. Pierwszą osobą, w obecności której Sookie słyszy tylko błogą cieszę jest Bill, przystojny wampir, starający się żyć wśród ludzi. Ale książka nie jest tylko romansem, który musi rozwinąć się pomiędzy tą nietypową parą. Równie ważnym wątkiem okazuje się śledztwo w sprawie brutalnych morderstw na młodych kobietach, spotykających się z wampirami oraz sama istota wampiryzmu, uznanego za wirusa. Wampiry piją więc butelkowaną krew, żyją legalnie i oficjalnie wśród ludzi i, chociaż pewne uprzedzenia pozostają, to jednak w powieści Charlaine Harris spotykamy się z interesującym pomysłem na wspólną egzystencję tych dwóch ras. Nie jestem zwolenniczką takiej wizji wampirów, ale muszę przyznać, że u Harris wpadło to całkiem nieźle.
Martwy aż do zmroku to niewątpliwie dobra powieść rozrywkowa. Nie brakuje w niej akcji, intrygi, wątku miłosnego, odrobiny erotyzmu (w przeciwieństwie do telewizyjnej produkcji HBO) całkiem dobrych dialogów, kilku dość trudnych tematów i naprawdę nieźle zarysowanych bohaterów. Szczególnie interesująco wypada oczywiście Bill, wampir, który walczy ze swą naturą, chociaż nie przestaje być groźny i niebezpieczny. Cechuje go również swego rodzaju relatywizm moralny, z jednej strony potępia bestialskie wampiry, z drugiej, nie cofnie się przed morderstwem, uważając, że pomoże ono jego dziewczynie. Aby zadomowić się w miasteczku Bill zgadza się nawet na mały wykład o historii wojny secesyjnej, którą zna oczywiście z autopsji, czym zostałam kupiona, gdyż uwielbiam wszelkie odniesienia do historii w tego typu powieściach.
Kolejne plusy to odczuwalny na łamach powieści klimat amerykańskiego południa (chociaż w tej kwestii niezaprzeczalnym zwycięzcą pozostaje powieść Ostatni rejs "Fevre Dream") oraz naprawdę zaskakujące i emocjonujące zakończenie. Autorka w ramach wątków pobocznych podjęła się również zagadnień społecznych, co też warto docenić.
Martwy aż do zmroku to nie arcydzieło w stylu Draculi, czy Miasteczka Salem, ale dobra powieść, której warto poświęcić dwa wieczory. Myślę, że książka ta zainteresuje stosunkowo szerokie grono czytelników. Z jednej strony przedstawia nieco odmienny pogląd na wampiryzm i nie jest miałkim romansidłem, z drugiej jednak idealnie wpisuje się w obecną modę.
wtorek, 29 czerwca 2010
Infekcja, Scott Sigler - recenzja dla portalu Fantasta
Ale uczucie swędzenia i bólu nie znika. Mózg zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Już sami nie wiecie które głosy należą do Trójkątów, które reprezentują Wasze myśli. Kiedy już wymordujecie bliskich i nadal nie znajdziecie spokoju okaże się, że organizmy pod Waszą skórą chcą się wykluć. Czy można zrobić coś innego, niż podpalić dom, odrąbać sobie kończyny i strzelić w łeb? Bo inaczej to się nie skończy?
Przerażające, prawda?
Infekcja jest drukowanym debiutem Scotta Siglera. Łączy w sobie elementy horroru, thrillera, science fiction i powieści psychologicznej. Fabuła oparta została na walce z tajemniczą infekcją, odkrytą w wyniku analizy serii brutalnych morderstw i samobójstw w Stanach Zjednoczonych. Część z nich łączy wspólny czynnik – ofiary wspominają o Trójkątach, zaczynają mieć skłonności psychopatyczne, rozwija się w nich niekontrolowana agresja. Trójkąty okazują się czymś, w rodzaju pasożyta, który żeruje pod skórą żywiciela. Śledztwem (oczywiście ściśle tajnym) zajmuje się Dew Philips, agent rządowy, który podczas jednej z akcji stracił partnera. W badaniu infekcji towarzyszy mu Margaret Montoya przekonana, że sprawa dotyczy bioterroryzmu. Równolegle śledzimy losy Perry`ego Dawseya, dotkniętego infekcją i zwalczającego ją (dość brutalnie) na własną rękę.
Pomysł na powieść jest świetny. Kiedy usłyszałam o koncepcji, wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę. Walka z żyjącym pod skórą pasożytem, stany psychozy, rządowe śledztwo – brzmi rewelacyjnie. I w zasadzie od pierwszej strony Sigler przywalił czytelnikowi łopatą w łeb. Książka zaczyna się mocno i okrutnie, zapowiada jeszcze straszniejszy środek. Ale później to już bywa niestety różnie. Wielkie wrażenie wywarły na mnie opisy dotyczące Perry`ego. Ten facet naprawdę ma jaja i potrafi znieść niewyobrażalnie dużo, tylko po to, aby pozbyć się infekcji. Z czasem jednak i jego umysł zaczyna płatać figle. Najmocniejszą stroną książki okazały się właśnie opisy narastającej paranoi u Perry`ego, jego przemiany, determinacja, małe zwycięstwa okupione gigantyczną ilością krwi (głównie własnej – odruchy wymiotne gwarantowane) i porażki, gdy poddawał się infekcji i pozwalał na manipulowanie swoją osobą. Nasz strach zaczyna jednak nieco znikać, gdy Perry rozpocznie dialog z Trójkątami. Z jednej strony wiemy, że to śmiercionośne pasożyty, doprowadzające ludzi do obłędu, z drugiej ich nauka mówienia, problemy z gramatyką, krzyki... cóż, wywołują tylko lekki uśmieszek. Być może był to zamiar autora – swego rodzaju paradoks, dzięki któremu czytelnik traktuje infekcję bardziej swojsko i ludzko, by zaraz przekonać się o błędnym osądzie. Nie do końca przekonał mnie jednak ten zabieg.
Ważnym elementem powieści są opisy procesów biologicznych, jakie towarzyszą rozwojowi pasożytów. Z punktu widzenia laika mogę jedynie chylić czoła przed wiedzą autora, podaną w sposób zrozumiały i przystępny. Bałam się, że elementy badań, ze względu na brak wiedzy, mogą mnie znużyć, ale nie było ich w książce zbyt wiele. Czytałam je więc z zainteresowaniem.
Wydawca przyrównuje Siglera do Kinga. Cóż, niewątpliwie sposób zarysowania portretów psychologicznych bohaterów nasuwa takie właśnie skojarzenie. Ale u Kinga napięcie towarzyszące lekturze narasta powoli po to, by wybuchnąć z cała mocą w finale. U Siglara od razu jest mocno, powieść łapie nas za gardło, ale później jakby zwalnia uścisk. Tego zresztą się obawiałam – jeśli początek jest bardzo mocny, to co zrobić, żeby zakończenie go przebiło? Sprawa niełatwa.
Książka ma naprawdę wiele zalet – ciekawi bohaterowie, dobry pomysł na fabułę, spora dawka elementów gore ale i psychologicznego niepokoju, sprawny język i szczypta humoru. Czyta się ją szybko, trzyma bowiem w napięciu i wciąga. Kto więc odpowie mi na pytanie, co w tak dobrze zapowiadającej się powieści robią kosmici?! Dlaczego nie rozwinięto nowatorskiego pomysłu bioterroryzmu? Dlaczego po raz kolejny kosmici szukają bramy, by dostać się na Ziemię i nią zawładnąć? Aż chciało by się gorzko zaśpiewać "ale to już było...". I to zbyt wiele razy, by manewr ten okazał się interesujący.
Infekcję polecam zdecydowanie fanom mocnej literatury. Wskazówka znajdująca się na okładce, by nie czytać książki tuż po posiłku może okazać się przydatna. Osoby o słabych nerwach, wrażliwe na epatowanie ohydą, czy bojące się krwi powinny trzymać się od niej z daleka. Z bardzo daleka.
Więcej o książce poczytacie oczywiście na portalu Fantasta.pl.
piątek, 21 maja 2010
Zmrok, Tim Lebbon - recenzja dla portalu Fantasta.pl
Jest to pierwszy tom sagi, rozgrywającej się w mrocznym i brutalnym (naprawdę brutalnym!) świecie Noreeli. Odkąd magia umarła, pogrążoną w chaosie krainą rządzi przemoc i strach. Krążą jednak plotki, iż magia może się odrodzić w nieświadomym niczego chłopcu. Grozi mu oczywiście śmiertelne niebezpieczeństwo. Czerwoni Mnisi zrobią wszystko, by nie dopuścić do powrotu magii na ziemię. Również Magowie rozpoczną polowanie na chłopca, by w odpowiednim momencie przejąć kontrolę nad odradzającą się magią. Zdawać by się mogło, iż fabuła rozwinie się jak w klasycznym fantasy. Głównym bohaterem jest młody chłopak, Rafe Baburn, który cudem ocalał z rzezi w swojej rodzinnej wiosce. Wokół niego zbiera się grupa osób (na kształt drużyny, popularnej w heroic fantasy). Sporo wątków przywodzi na myśl rozwiązania widoczne np. u Tolkiena. Zamiast elfa, krasnoluda i hobbitów mamy tutaj złodzieja Kosara o wiecznie krwawiących dłoniach, wiedźmę dziwkę o paradoksalnym imieniu Nadzieja, wojowniczkę A`Meer, pochodzącą z tajemniczego ludu Shantasi, uzależnionego od fledżu (bardzo popularny narkotyk w świecie Noreeli) górnika, podróżującego z bibliotekarką Alishią. Głównym celem tej nietypowej drużyny nie jest jednak dotarcie do jakiegoś miejsca, a ucieczka przed ścigającym ich niebezpieczeństwem. Motyw drogi, tak często eksploatowany w fantasy, został więc przedstawiony w nieco odmienny sposób. Początkowo Czerwoni Mnisi kojarzyli mi się z tolkienowskimi Nazgulami, są bowiem tak samo zabójczy i niemal nieśmiertelni. Również wygląd zakapturzonych, tajemniczych postaci przywodził na myśl rozwiązanie Tolkiena. W Zmroku ich wyjątkowa odporność i moc została jednak niesztampowo wytłumaczona, okazuje się bowiem, iż wyjątkowa determinacja w dążeniu do celu oraz kurczowe trzymanie się wytycznych sprawia, iż organizm pozyskuje energię z kolejnych obrażeń. Ten sposób walki kojarzy się również z nordyckimi berserkami, co naprawdę przypadło mi do gustu. Nie będę jednak zdradzała wszystkich smaczków, warto poszukać ich samodzielnie.
Niezwykle ciekawym pomysłem było przedstawienie magii, jako neutralnej, nieokiełznanej, pierwotnej siły, która może siać zniszczenie lub czynić dobro, w zależności od tego kto, i w jaki sposób, ją stosuje. Została ona zaklęta w uśpionych maszynach, co kojarzy się nieco steampunkowo i szkoda, iż wątek ten nie został bardziej rozbudowany. Przeciwstawiono jej naukową "magię" wiedźmy. Naukową, ponieważ Nadzieja w bardzo świadomy sposób wykorzystuje pewne naturalne właściwości różnych substancji, roślin i zwierząt, nazywając pogardliwie swoją działalność sztuczkami. Dla zwykłych, nieświadomych niczego ludzi, jest to jednak swego rodzaju magia, gdyż pewnych zjawisk po prostu nie rozumieją. Wiedźma marzy skrycie o tym, iż pewnego dnia spłynie na nią cząstka prawdziwej magii. Zestawienie tej prawdziwej magii i działalności wiedźmy okazało się niezwykle interesującym i inspirującym zabiegiem.
Autor starał się przedstawić dość szczegółowo losy wszystkich bohaterów. Nadmiar wątków okazał się jednak dość męczący. Sporo fragmentów, czy historii, zwłaszcza dotyczących drugoplanowych postaci, jest nużących, lub sprawia wrażenie przegadanych, tak, jakby autor zbyt głęboko zakopał się w ich przeszłość. Część opisów wydaje się tym samym zbędna. Powieść jest przez to dość nierówna, momentami zachwyca, czasem jednak nudzi. Historie niektórych bohaterów czytałam zachłannie, inne miałam ochotę pominąć. I właśnie zbyt długie, nużące, nie wnoszące nic istotnego dla fabuły opisy są najsłabszą stroną powieści.
Do zalet Zmroku możemy zaliczyć przedstawiony nam świat. Intrygują niesamowite opisy kopalni fledżu oraz nietypowy wygląd górników, którzy, żyjąc pod ziemią, dostosowują się do ciężkich warunków. Wciągają opisy fledżowych snów – wizji, wywoływanych przez narkotyk, będących swego rodzaju wędrówką duszy. Zdecydowana część powieści toczy się jednak na powierzchni, i również tutaj barbarzyński świat jest interesujący. Wulgarny i dosadny język, bezpardonowe sceny rzezi czy erotyczne opisy całkowicie pasują do klimatu krainy, jednak ze względu na duży stopień brutalności, nie polecam tej książki młodszym czytelnikom. Widać doskonale, iż autor specjalizuje się w horrorze, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości od pierwszej strony książki.
Obawiałam się, że Zmrok Tima Lebbona, będzie sztampową, powielającą schematy, mroczną powieścią fantasy dla młodzieży. Okazało się, że Lebbon, na kanwie oklepanych pomysłów i motywów, stworzył jednak coś nowego i świeżego. Do ostatniej strony nie możemy być pewni, jakie rozwiązania zafunduje nam autor, a i samo zakończenie jest naprawdę mocne i nieprzewidywalne. Jeśli macie dość książek o Dziecku, Które Musi Uratować Świat, to... koniecznie sięgnijcie po Lebbona. Na pewno Was zaskoczy. Dla takiego zakończenia, nawet jeśli jest to tylko zakończenie pierwszego tomu, warto się nieraz przemęczyć nad dłużyznami, których w książce nie brakuje.
Książkę polecam tym czytelnikom, którzy mają dość irytujących i niezniszczalnych bohaterów, a lubią dark fantasy.
Dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
Recenzja, jak zwykle, pojawiła się najpierw na portalu Fantasta
