Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie, Charles Yu

Każdy fan książek o podróżach w czasie jest pewnie zaintrygowany najnowszą powieścią Charlesa Yu, porównywaną za granicą do twórczości Douglasa Adamsa. I faktycznie, mamy do czynienia z bardzo interesującą historią, traktującą o wehikułach czasu, pętlach czasowych, ale przede wszystkim o ludziach, ich emocjach, marzeniach i relacjach.

Po powieść sięgnęłam z dużą dozą niepokoju. Nie czuję się najlepiej w klimatach science fiction, boję się, że warstwa naukowa takich powieści zwyczajnie mnie przerośnie. I muszę przyznać, że w trakcie tej lektury nie raz czułam się zagubiona. Książka obfituje w skomplikowane opisy, porównania i twierdzenia, o których nie jestem nawet w stanie powiedzieć, czy są prawdziwe lub choćby prawdopodobne czy poprawne w sensie logicznym. Trudno mi ocenić, czy pewne fragmenty to wywód naukowy, czy zwyczajny pseudonaukowy bełkot, dlatego nie podejmę się oceny tych aspektów. Czuję się trochę jak bohaterowie popularnego serialu IT Crowd w odcinku, w którym Jane prezentuje... Internet. Fani serialu wiedzą doskonale o co chodzi, w każdym razie uwierzę we wszystko. Na szczęście Charles Yu przygotował dla nas o wiele więcej.

Bohaterem powieści jest... Charles Yu, mechanik zajmujący się naprawianiem wehikułów czasu oraz pomaganiem ludziom, którzy z różnych powodów wpadli w pętle czasowe. Już ten zabieg artystyczny sprawia, że mamy do czynienia z powieścią quasiautobiograficzną, przez co lektura wciąga nas od pierwszych stron. Potoczysty, bardzo plastyczny język sprawia, że szybko wyzobrażamy sobie świat przedstawiony, malujemy obrazy scen, o których czytamy. Jednym z piękniejszych fragmentów, który nadal tłucze mi się po głowie jest ten opis: Powietrze nad nami jest gęste od smogu, na który składa się wilgotna mgła informacji i kłamstw wymieszana z gazem plotek, kłębami memów i, jak zawsze, błąkającymi się w poszukiwaniu adresata modlitwami. Jako że powieść jest przede wszystkim zapisem doznań i przeżyć jej narratora i głównego bohatera, to takich perełek w opisach znajdziemy o wiele więcej.

Choć język powieści jest piękny, nie oznacza to wcale, że taka jest również jej treść. Jest to historia głęboko przejmująca, przepełniona smutkiem i samotnością. Yu żyje poza teraźniejszością, poszukując swojego ojca, który pewnego dnia po prostu zniknął, jego matka przebywa w zakupionej za grube pieniądze sześćdziesięciominutowej pętli czasowej, w której przeżywa wciąż i wciąż to samo, pozornie banalne zdarzenie. Towarzysze naszego bohatera to TAMMY, cierpiący na depresję i bardzo niską samoocenę system operacyjny i nieistniejący, lecz ontologicznie niesprzeczny pies Ed. Nawet samo uniwersum Wszechświat 31, w którym rozgrywa się akcja powieści jest jakby złamane, pogrążone w ruinie. Usługi dostępne w stolicy to przede wszystkim hologramy byłych dziewczyn, a najczęściej kupowane produkty to fałszywe wspomnienia z dzieciństwa, boty kumplowskie na wieczór i oczywiście seksboty. Jest to powieść o człowieku, któremu przyszło egzystować w czasach galopującej cywilizacji i szaleńczego rozwoju technologicznego. O skomplikowanych, nieraz powierzchownych relacjach międzyludzkich i tęsknocie. Najsmutniejszy, ale jakże prawdziwy, jest fragment powieści, w którym widzimy relację rodzinną, uświadamiającą nam, jak często tracimy coś ważnego, zastanawiając się latami, jak to naprawić, zamiast po prostu być z drugim człowiekiem. Dużo do myślenia daje nam bardzo trudna relacja ojciec – syn zaprezentowana w książce. Warto zwrócić również uwagę na pewne, być może oczywiste prawdy o człowieku, jak choćby: Może całe dekady spędzamy, będąc kimś innym, unikając prawdziwych siebie. Może człowiek jest autentycznie sobą tylko przez kilka dni całego swojego życia. Myślę, że w powieści znalazło się naprawdę wiele wartościowych momentów, jednym ze smaczków jest również odwołanie do idealizmu platońskiego, bardzo zgrabnie wplecione w tekst powieści.

Prawdopodobnie każdy, kto lubi science fiction z przyjemnością sięgnie po powieść Charlesa Yu, zwłaszcza, że ukazała się ona w popularnej serii wydawniczej Nowej Fantastyki. Dla takich jak ja - laików jej lektura może okazać się jednak niełatwa. Mimo to uważam, że warto, bo poza całą fantastycznonaukową terminologią i gadżetami kryje się, jak to często bywa, człowiek. Dzięki temu bardzo różni czytelnicy znajdą tu coś dla siebie. Jedni zastanowią się nad paradoksami podróży w czasie inni pochylą się nad kondycją człowieka w dobie wielkiej cywilizacji.

Recenzja napisana dla portalu Fantasta.pl

środa, 13 kwietnia 2011

Nova swing, M. John Harrison

Boję się science fiction. Boję się, że moja bardzo ograniczona wiedza z zakresu nauk ścisłych nie pozwoli mi zrozumieć powieści, świata przedstawionego czy pewnych fundamentalnych założeń. Postanowiłam jednak przezwyciężyć swój strach sięgając po niektóre pozycje z serii, która już dziś zasługuje na miano kultowej. Chodzi oczywiście o Ucztę Wyobraźni wydawnictwa MAG, słynącą z wymagających tytułów, gromadzącą światowej sławy autorów.

Do lektury Nova Swing, najnowszej powieści M. Johna Harrisona podeszłam z pewną obawą i nieśmiałością, jednak szybko przekonałam się, że warstwa naukowa jest tu na tyle przystępna, że, przynajmniej w moim odczuciu, nie powinna sprawiać trudności laikom takim jak ja. Fizyka została tak głęboko wtłoczona w fundamenty świata, że jest już czymś naturalnym, na czym nie trzeba się skupiać. Lektura powieści okazała się interesującym eksperymentem, który pozostawił mnie jednak z dość mieszanymi uczuciami.

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie o czym jest ta książka, to miałabym nie lada kłopot. Najbliższym prawdy stwierdzeniem byłoby chyba, że o ludziach, ich marzeniach, niespełnieniu i samotności. I poszukiwaniu siebie, co, być może dość złudnie, oferuje wycieczka do zakazanej strefy Saudade, nieprzewidywalnej i tajemniczej rzeczywistości, w której zawodzą prawa fizyki i która ulega chaotycznym przekształceniom. Nie trudno się domyślić, iż zapuszczenie się zbyt głęboko w tę dziwną przestrzeń grozi poważnymi konsekwencjami. Nie zniechęca to jednak śmiałków – przemytników, przewodników i turystów, którzy za taką podróż są w stanie wiele zapłacić. I nie chodzi tu tylko o pieniądze.

Moją uwagę przykuły relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Relacje oszczędne, sprawiające wrażenie pustych, niepogłębionych. Jakby każdy z nich był w kosmosie zupełnie sam. Jakby nie potrafili się przyznać, że chcą się do kogoś przywiązać, być z kimś naprawdę blisko. Świadczą o tym skrótowe dialogi, często dotyczące błahych spraw. Cechuje ich również wielka tęsknota za czymś nieokreślonym, miotają się w teraźniejszości. Sceny erotyczne przypominają bardziej pierwotne odruchy, pozbawione jakiejkolwiek głębi, stanowią swego rodzaju produkt zastępczy wobec braku więzi. Przy tak skąpo zarysowanych emocjach drobne sceny ujawniające prawdziwe uczucia bohaterów stają się wręcz rozdzierające. Robi to naprawdę niesamowite wrażenie.

Choć akcja powieści rozgrywa się w mocno futurystycznej rzeczywistości, w której na porządku dziennym są genetyczne modyfikacje, kwitnie handel nowymi, doskonałymi ciałami, pojawia się sporo technologicznych gadżetów, to jednak autor prezentuje wyjątkowy sentyment do kultury naszych czasów. Mamy więc kluby w stylu retro, nawiązania do starych filmów (np. Rzymskie wakacje) czy muzyki (ach to tango!), detektyw ścigający Vica Serotonina jeździ cadillakiem z lat pięćdziesiątych, mimo że jego asystentka ma wbudowaną taką ilość udoskonaleń, że w mgnieniu oka może rozbroić tuzin przeciwników. Trudno mi powiedzieć z czego wynikają te drobiazgi, ale na pewno ubarwiają ten dziwny, bardzo nowoczesny świat.

Dlaczego więc we wstępie zaznaczyłam, iż po zakończeniu lektury towarzyszyły mi mieszane uczucia? Przede wszystkim dlatego, że książka pozostawia tak wiele możliwości interpretacji, iż mam poważne wątpliwości, czy w ogóle ją zrozumiałam. Być może moje dywagacje są kompletnie nietrafione, być może nie uchwyciłam tego, o co chodziło autorowi? Nie znam jego wcześniejszej twórczości, nie jestem w stanie wyłapać aluzji i nawiązań do wydanego nie tak dawno Światła, zapewne wiele smaczków pozostało przede mną ukrytych. Ponadto w powieści trudno w ogóle mówić o warstwie fabularnej. Akcja sączy się leniwie, mamy mnóstwo niedomówień, wiele zależy od naszej wyobraźni i właśnie interpretacji. Utwór przypomina więc bardziej traktat filozoficzny niż powieść. Choć i to określenie nie do końca oddaje jego istotę.

Drugim zjawiskiem, które mnie zastanawia, to niekiedy zaskakujące i szokujące zbitki słów. W pierwszym odruchu miałam wrażenie, że są oszałamiające, po chwili namysłu zaś głowiłam się nad tym, czy aby autor sobie ze mną nie pogrywa, tworząc na pozór mięsiste zdania, które okazują się jedynie wydmuszkami. Nadal nie umiem rozstrzygnąć, która z tych opcji jest prawdziwa.

Nova Swing jest na pewno jedną z bardziej oryginalnych książek, jaką miałam okazję przeczytać. Biorąc pod uwagę ilość wątpliwości, jakie we mnie wzbudza oraz fakt, że nadal siedzi w mojej głowie, stwierdzam, że warto było po nią sięgnąć. Nie umiem jej jednak polecić z czystym sumieniem, zwłaszcza że nie mając ku temu najmniejszych kompetencji, nie byłam w stanie bardziej wnikliwie ocenić warstwy science. A to przecież jeden z ważniejszych aspektów książek tego typu. Jeśli jednak nie boicie się wyzwań z pewnością powinniście zmierzyć się i z tą pozycją.

Recenzja napisana została dla portalu FANTASTA.

środa, 23 lutego 2011

Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć, Paolo Bacigalupi

Odkąd, już jakiś czas temu, przeczytałam w Nowej Fantastyce rewelacyjne opowiadanie Człowiek z żółtą kartą, liczyłam na to, że jeszcze kiedyś będę miała okazję bliżej poznać twórczość Paolo Bacigalupiego. Wydawnictwo MAG, decydując się na zbiorcze wydanie różnych dzieł tego autora, zaserwowało nam najprawdziwszą ucztę wyobraźni. I tak oto mamy do czynienia z potężną księgą zawierającą dziesięć rewelacyjnych opowiadań i powieść Nakręcana dziewczyna. Każdy z tych utworów jest prawdziwym majstersztykiem.

Proza Bacigalupiego nie jest łatwą i przyjemną lekturą. Jest oszałamiającą, przytłaczającą wizją nieuniknionej przyszłości, zniszczonej przez człowieka. Najważniejsze z zagrożeń to modyfikacje genetyczne, nadmierna eksploatacja naturalnego środowiska, pogoń za pieniądzem, niekontrolowany rozwój mediów, walki potężnych korporacji, czy katastrofy ekologiczne. Wszystko to, co może sobie zafundować człowiek w sposób bardziej i mniej świadomy. Każde z tych zagrożeń wplecione zostało w karty tego wyjątkowego zbioru w sposób niezwykle sugestywny, zmuszający do myślenia i wywołujący autentyczny niepokój.

Bardzo mocną stroną twórczości Bacigalupiego jest igranie z silnymi emocjami. Autor nie cacka się z naszymi uczuciami i dość dobitnie ukazuje upadek gatunku ludzkiego. Chyba do końca życia nie zapomnę opowiadania Fletka, poruszającego temat inżynierii genetycznej – zagadnienia tak fascynującego, jak i odpychającego. Pięknie opisana historia wyjątkowych bliźniaczek, obdarzonych niesamowitą urodą, w których zmodyfikowane zostało w zasadzie wszystko, pozostawiło mnie w stanie osłupienia jeszcze na długo, po zakończeniu lektury. Połączenie subtelnego, barwnego opisu z trudną, odrażającą tematyką powinno wstrząsnąć chyba każdym czytelnikiem. Finałowy taniec sióstr jest hipnotyzujący, a jednocześnie napawa nas odrazą. Pokażcie mi drugiego autora, który potrafi wywołać tak skrajne emocje, posługując się oszczędną formą opowiadania. Podobnie jest zresztą w innych jego dziełach. Wystarczy przywołać obraz wyniszczonego świata w opowiadani Paszo, czy poczucie bezsilności, jakie towarzyszy nam podczas lektury Nakręcanej dziewczyny, w szczególności gdy autor serwuje nam dosadny obraz wykorzystania Nowego Człowieka, nakręcanki Emiko.

Na uwagę zasługuje kreacja świata przedstawionego. Większość opowiadań to historie, których akcja toczy się w świecie przyszłości, alternatywnej Tajlandii, inne w zasadzie mogłyby dotyczyć każdego miejsca na ziemi. Nie jest to ważne, gdyż liczy się tutaj przesłanie, mówiące o tym, jak może wyglądać nasz świat już całkiem niedługo. Z ulgą przyjęłam fakt, iż pozostając w gatunku ekofantastyki, Bacigalupi nie skupił się zbyt mocno na fachowym i dokładnym opisie funkcjonujących w tym świecie technologii. Może to rozczarować wielbicieli hard sf, dla mnie proporcje zostały idealnie wyważone.

Ciekawym zabiegiem okazało się nowatorskie potraktowanie bohaterów. Są to postacie bardzo realistyczne, a jednak nie najważniejsze w prozie Bacigalupiego. Za moment prawdopodobnie umkną nam ich imiona, jednak problem, który ich dotyczył na pewno nie wywietrzeje. Będziemy pamiętać ich obawy, marzenia, ich okrucieństwo czy obojętność, nawet jeśli trudno będzie nam sobie przypomnieć kontekst ich historii. I często będą to wspomnienia gorzkie, nawet jeśli autor serwuje nam mglistą nadzieję, w postaci otwartego zakończenia Nakręcanej dziewczyny.

W twórczości Bacigalupiego jest pewna, nienachalna dydaktyka: zobaczcie, czym to się może skończyć i wyciągnijcie wnioski. Nie ma recept, gróźb, konkretnych przyczyn. Autor zwraca po prostu uwagę na ważne zjawiska ekologiczne i postępującą dehumanizację gatunku ludzkiego. Warto więc zastanowić się, czy nie jest to wizja jutra, jakie sami sobie przygotowujemy.

Myślę, że zbiór ten jest jedną z najważniejszych książek, z jakimi przyszło mi się zmierzyć. Na pewno nie jest to lekkie czytadło na dwa wieczory, dlatego dobrze jest przygotować sobie nieco więcej czasu na lekturę. I nie chodzi tu o liczbę stron, ale o fakt, że jest to trudna, wymagająca proza, obok której trudno przejść obojętnie, która pozostawi nas z wieloma przemyśleniami. Szkoda, że nie są to przemyślenia optymistyczne. W każdym razie gorąco polecam za wspaniały styl, fantastyczną galerię bohaterów, ważną tematykę, silne emocje i towarzyszące im refleksje. Z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła tego niesamowitego autora.

Recenzja napisana została dla portalu Fantsta.pl.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Kroniki Amberu, tom 2 - recenzja dla portalu Fantasta

Z prawdziwą przyjemnością przystąpiłam do lektury drugiego zbiorczego tomu Kronik Amberu, autorstwa jednego z mistrzów fantastyki - Rogera Zelaznego. Pierwszy pięcioksiąg zakończył się w taki sposób, że z niecierpliwością czekałam na kontynuację. Kroniki, których narratorem jest Merlin, syn Corwina i Dary to wspaniała literatura, którą polecam już na samym wstępie.

Zmiana narratora bez wątpienia najbardziej odróżnia dwie części Kronik. Nie ukrywam, iż przyjęłam to z żalem. Narracja Corwina i jego przygody tak bardzo zawładnęły moją wyobraźnią, że kiedy zaczęłam wgłębiać się w narrację Merlina, byłam po prostu rozczarowana. Zwłaszcza, że sposób jej prowadzenia jest całkiem zbliżony do poprzedniej i wielokrotnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż czytam Corwina. Do tej zmiany bez wątpienia trzeba się przygotować, a następnie przyzwyczaić. Kiedy przebolałam stratę ulubionego bohatera to dalsza lektura okazała się już fantastyczną przygodą.

Myślę, że każdy czytelnik w mniejszym lub większym stopniu będzie porównywał przede wszystkim naszych bohaterów. Merlin to postać zupełnie inna niż Corwin. Pierwsza część Kronik była bardziej dramatyczna, Corwin bowiem miał wiele wad, słabości i problemów, o wszystko musiał walczyć, był jednak ujmujący i czarujący. Dzięki temu okazał się postacią z krwi i kości, z którą łatwiej było się identyfikować. Merlinowi większość rzeczy podano na tacy, zdaje się przez to postacią bardziej idealną i nieco mniej realną. Być może jednak jest to moje subiektywne wrażenie.

W drugim tomie Kronik mamy do czynienia z nieco inną wizją świata. Oczywiście nadal istnieje Amber i równoległe światy – Cienie, jednak znaczenia nabiera Chaos (i jego moc reprezentowana przez Logrus) pozostający w swoistym konflikcie z Wzorcem. Zelazny odsunął nieco bohaterów, których poznaliśmy w pierwszej części. Amberyci stali się postaciami drugoplanowymi, ustępując miejsca reprezentacji Chaosu. Na scenie pojawiają się więc liczni bracia Merlina, synowie Dary. Na pierwszy plan wysuwa się Luke, a raczej Ronaldo, kuzyn Merlina, z którym łączy go bardzo skomplikowana relacja oraz jego matka Jasra. Nie zabrakło również demonów, nieznanych magów i najróżniejszych kreatur. Moje serce skradły jednak dwa twory. Pierwszym z nich jest Ghostwheel, maszyna wykonana przez Merlina, której konstrukcja jest naprawdę niesamowita, oraz Frakir, broń, która nie dość, że ostrzega Merlina przed niebezpieczeństwem, to jeszcze nabywa świadomości i prowadzi z Merlinem ciekawe dialogi. Szczególnie ujmujące okazało się jej stwierdzenie „Jestem tylko skromnym narzędziem mordu. Rozumowanie nie jest na razie moją mocną stroną”.

Zelazny zachwyca talentem. Język, jakim się posługuje jest wspaniale obrazowy, nastrojowy, dopracowany w każdym calu. Pomimo naprawdę długich opisów powieść czyta się jednym tchem, delektując się przy tym każdym zdaniem. Imponuje nieposkromiona wyobraźnia, która pozwoliła na wykreowanie tak wspaniałego Uniwersum, zachwycają błyskotliwe dialogi i sprawnie prowadzone intrygi oraz, znany z poprzedniej części wspaniały mix gatunkowy. Liczne zwroty akcji sprawiają, że do samego końca powieść trzyma nas w napięciu. Bardzo dużą rolę odgrywa również filozofia i metafizyka, które przeważają nad polityką czy wojnami. Wspaniale stawiane pytania i mądre rozważania idealnie dopełniają dzieła. Zelazny to prawdziwy mistrz pióra.

Warto pamiętać, że Kroniki Amberu tom 2 to mimo wszystko pięć oddzielnych powieści, które splatają się w jedną całość. Moim osobistym faworytem pozostaje część Znak Chaosu, rozpoczynająca się psychodelicznym opisem lokalu, w którym uwięziony zostaje Luke. Zelazny pokłonił się tutaj prozie Lewisa Carrolla i stworzył oparty na logice snu obraz, w którym przewijają się postacie z Alicji w Krainie Czarów. Jest to scena tak perfekcyjna, że nawet język został wystylizowany na jej potrzeby. Luke i Merlin popijają więc z Kotem, obserwują Gąsienicę, wskakują do króliczej nory, Merlin walczy z Banderzwierzem. Cała scena fascynuje swoim onirycznym, narkotycznym charakterem i trafia do rankingu moich ulubionych.

Myślę, że prozy Rogera Zelaznego tak naprawdę nie trzeba reklamować. Jest to nazwisko, które w zasadzie broni się samo. I całe szczęście, bowiem po książkę sięgnie na pewno duża grupa fanów. Jeśli jednak nie mieliście okazji, aby zapoznać się z częścią pierwszą, szybko nadróbcie zaległości. Warto trzymać się kolejności, pięć pierwszych tomów wprowadza nas bowiem w ten dość skomplikowany świat, którego, bez pewnej wiedzy, możemy nie zrozumieć.

Lektura Kronik Amberu wymaga na pewno czasu i skupienia, ale gwarantuję, że nie będzie to czas stracony. I chociaż pozostaję wierną fanką Corwina, uważam, iż tom drugi dorównuje części pierwszej, a razem tworzą niezapomniany i fascynujący cykl, do którego warto wracać.

sobota, 24 lipca 2010

Vampire Huner D

Kiedy już zakochałam się w Alucardzie postanowiłam poszukać głębiej, i zaznajomić się z innymi wampirzymi produkcjami anime. Na pierwszy ogień poszedł klasyk: Vampire Hunter D, opisywany jako „pełna krwawej akcji kultowa animacja, łącząca wątki horroru i science fiction w mrocznej, gotyckiej oprawie”. Nie trudno się domyślić, iż poczułam się zaintrygowana.

Niestety, jak to mi się często zdarza, wygórowane nadzieje przyniosły odrobinę rozczarowania. Do znudzenia powtarzam, że uwielbiam wampiry w gotyckiej scenerii, a w Vampire Hunter D tego klimatu mi brakuje. Owszem, mamy potężny zamek wampirzego hrabiego a w nim mroczne lochy, ale chciałabym więcej! Część stworów, które przewijają się w filmie wydaje mi się po prostu infantylna. Moją uwagę zwróciły trzy wampirzyce, przemieniające się w węże, wyglądało to całkiem imponująco. Ale to jedyne klimatyczne stwory w tej produkcji. Na szczęście sama postać D zdaje się najmocniejszą stroną filmu. Wysoki, długowłosy, tajemniczy, skrywający twarz pod rondem kapelusza Łowca został naprawdę idealnie wykreowany i szalenie mi się spodobał.

Jeśli chodzi o fabułę, to w dużym skrócie wygląda ona tak: blond włosa ślicznotka, wbrew własnej woli, staje się wybranką księcia wampirów, który pragnie uczynić ją swoją małżonką. Aby do tego nie dopuścić wynajmuje ona Łowcę Wampirów o dość skomplikowanej osobowości i złożonej, zaskakującej przeszłości. Razem muszą stawić czoła nie tylko księciu, ale również jego kapryśnej córce i żołnierzowi, który pragnie stać się nieśmiertelny.

Film obfituje w interesujące i ciekawie zarysowane sceny walk, krew więc poleje się nie jeden raz, momentami jest również naprawdę mroczny i niepokojący. Z drugiej strony kuleją nieco dialogi, fabuła jest dość przewidywalna, nie mówiąc o pretensjonalnym zakończeniu. Moją uwagę zwróciła natomiast ciekawa kreska, o której nie umiem powiedzieć, czy mi się podoba, czy też nie. Dla mnie, laika, wydaje się po prostu interesująca.

Cieszę się, że tak szybko mogłam poznać kolejne anime traktujące o wampirach, nawet jeśli nie do końca spełniło ono moje (może zbyt wygórowane?!) oczekiwania.
Co jeszcze mi polecicie?

wtorek, 29 czerwca 2010

Infekcja, Scott Sigler - recenzja dla portalu Fantasta

Znacie to drażniące uczucie swędzenia, gdy zostaniecie ugryzieni przez komara? Trudno być wtedy na tyle opanowanym, by choć trochę nie drapać podrażnionego miejsca. A co, jeśli swędzenie jest tak okropne, że jesteście w stanie rozdrapywać to miejsce do krwi, rozrywać skórę paznokciami tylko po to, by uczucie zniknęło? A jeśli powiem Wam, że takie swędzenie powodują tajemnicze Trójkąty, które zaczynają żyć pod Waszą skórą? Naprawdę żyć – słyszycie ich głosy w głowie, czujecie ich ruch, ich wzrost, karmicie je, by samemu nie umrzeć z głodu. Zaczynacie z nimi rozmawiać. Mówią Wam o Żołnierzach, którzy przyjdą Was zlikwidować, wiedzą, że Wasi bliscy podsłuchują, że w każdej chwili mogą Was wydać. Że nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie moglibyście być bezpieczni. Bo każdy jest dla Was wrogiem. Jedynym wyjściem jest więc pozbycie się donosicieli i konfidentów, pozbycie się wrogów. Teraz!
Ale uczucie swędzenia i bólu nie znika. Mózg zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Już sami nie wiecie które głosy należą do Trójkątów, które reprezentują Wasze myśli. Kiedy już wymordujecie bliskich i nadal nie znajdziecie spokoju okaże się, że organizmy pod Waszą skórą chcą się wykluć. Czy można zrobić coś innego, niż podpalić dom, odrąbać sobie kończyny i strzelić w łeb? Bo inaczej to się nie skończy?
Przerażające, prawda?

Infekcja jest drukowanym debiutem Scotta Siglera. Łączy w sobie elementy horroru, thrillera, science fiction i powieści psychologicznej. Fabuła oparta została na walce z tajemniczą infekcją, odkrytą w wyniku analizy serii brutalnych morderstw i samobójstw w Stanach Zjednoczonych. Część z nich łączy wspólny czynnik – ofiary wspominają o Trójkątach, zaczynają mieć skłonności psychopatyczne, rozwija się w nich niekontrolowana agresja. Trójkąty okazują się czymś, w rodzaju pasożyta, który żeruje pod skórą żywiciela. Śledztwem (oczywiście ściśle tajnym) zajmuje się Dew Philips, agent rządowy, który podczas jednej z akcji stracił partnera. W badaniu infekcji towarzyszy mu Margaret Montoya przekonana, że sprawa dotyczy bioterroryzmu. Równolegle śledzimy losy Perry`ego Dawseya, dotkniętego infekcją i zwalczającego ją (dość brutalnie) na własną rękę.

Pomysł na powieść jest świetny. Kiedy usłyszałam o koncepcji, wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę. Walka z żyjącym pod skórą pasożytem, stany psychozy, rządowe śledztwo – brzmi rewelacyjnie. I w zasadzie od pierwszej strony Sigler przywalił czytelnikowi łopatą w łeb. Książka zaczyna się mocno i okrutnie, zapowiada jeszcze straszniejszy środek. Ale później to już bywa niestety różnie. Wielkie wrażenie wywarły na mnie opisy dotyczące Perry`ego. Ten facet naprawdę ma jaja i potrafi znieść niewyobrażalnie dużo, tylko po to, aby pozbyć się infekcji. Z czasem jednak i jego umysł zaczyna płatać figle. Najmocniejszą stroną książki okazały się właśnie opisy narastającej paranoi u Perry`ego, jego przemiany, determinacja, małe zwycięstwa okupione gigantyczną ilością krwi (głównie własnej – odruchy wymiotne gwarantowane) i porażki, gdy poddawał się infekcji i pozwalał na manipulowanie swoją osobą. Nasz strach zaczyna jednak nieco znikać, gdy Perry rozpocznie dialog z Trójkątami. Z jednej strony wiemy, że to śmiercionośne pasożyty, doprowadzające ludzi do obłędu, z drugiej ich nauka mówienia, problemy z gramatyką, krzyki... cóż, wywołują tylko lekki uśmieszek. Być może był to zamiar autora – swego rodzaju paradoks, dzięki któremu czytelnik traktuje infekcję bardziej swojsko i ludzko, by zaraz przekonać się o błędnym osądzie. Nie do końca przekonał mnie jednak ten zabieg.

Ważnym elementem powieści są opisy procesów biologicznych, jakie towarzyszą rozwojowi pasożytów. Z punktu widzenia laika mogę jedynie chylić czoła przed wiedzą autora, podaną w sposób zrozumiały i przystępny. Bałam się, że elementy badań, ze względu na brak wiedzy, mogą mnie znużyć, ale nie było ich w książce zbyt wiele. Czytałam je więc z zainteresowaniem.

Wydawca przyrównuje Siglera do Kinga. Cóż, niewątpliwie sposób zarysowania portretów psychologicznych bohaterów nasuwa takie właśnie skojarzenie. Ale u Kinga napięcie towarzyszące lekturze narasta powoli po to, by wybuchnąć z cała mocą w finale. U Siglara od razu jest mocno, powieść łapie nas za gardło, ale później jakby zwalnia uścisk. Tego zresztą się obawiałam – jeśli początek jest bardzo mocny, to co zrobić, żeby zakończenie go przebiło? Sprawa niełatwa.

Książka ma naprawdę wiele zalet – ciekawi bohaterowie, dobry pomysł na fabułę, spora dawka elementów gore ale i psychologicznego niepokoju, sprawny język i szczypta humoru. Czyta się ją szybko, trzyma bowiem w napięciu i wciąga. Kto więc odpowie mi na pytanie, co w tak dobrze zapowiadającej się powieści robią kosmici?! Dlaczego nie rozwinięto nowatorskiego pomysłu bioterroryzmu? Dlaczego po raz kolejny kosmici szukają bramy, by dostać się na Ziemię i nią zawładnąć? Aż chciało by się gorzko zaśpiewać "ale to już było...". I to zbyt wiele razy, by manewr ten okazał się interesujący.

Infekcję polecam zdecydowanie fanom mocnej literatury. Wskazówka znajdująca się na okładce, by nie czytać książki tuż po posiłku może okazać się przydatna. Osoby o słabych nerwach, wrażliwe na epatowanie ohydą, czy bojące się krwi powinny trzymać się od niej z daleka. Z bardzo daleka.


Więcej o książce poczytacie oczywiście na portalu Fantasta.pl.

środa, 14 kwietnia 2010

Kroniki Amberu, czyli kolejna dłuuuga recenzja

Zapraszam do zapoznania się kolejną recenzją pisaną dla portalu Fantasta.
Roger Zelazny nie bez przyczyny należy do grona mistrzów fantastyki. Jego cykl o Amberze to dziś klasyka, na miarę Tolkiena czy Herberta, dlatego też niezmiernie ucieszyła mnie informacja o wznowieniu tego fantastycznego dzieła.
Tom pierwszy Kronik Amberu zawiera pięć pierwszych części starego wydania: Dziewięciu książąt Amberu, Karabiny Avalonu, Znak jednorożca, Rękę Oberona oraz Dworce Chaosu i jest logiczną, zamkniętą całością, przedstawiającą dzieje Corwina od powrotu do Amberu, aż do… no właśnie. Polecam przeczytać!

Książka zaczyna się oszałamiająco. W szpitalnym łożu budzi się pacjent po wypadku. Ma unieruchomione nogi, liczne obrażenia, a do tego amnezję. Jedyne, co czuje, to fakt, iż musi się z niego wydostać. Obdarzony niesamowitą umiejętnością szybkiej regeneracji oraz nieludzką siłą, ucieka ze szpitala i na oślep szuka miejsca, w którym może się schronić oraz przypomnieć sobie własną tożsamość. Jedyny trop, jaki odnalazł, to siostra, do której intuicyjnie żywi dość mieszane uczucia. Wypadki następują po sobie błyskawicznie: nagle na scenie pojawia się brat Corwina – Random, ścigany przez stado dziwnych stworzeń, Corwin odkrywa tajemniczą talię kart, przedstawiającą podobizny całej, bardzo licznej rodziny dziedziców Amberu, po raz kolejny zostaje zmuszony do ucieczki, a w między czasie, powoli odzyskuje prześwity pamięci. Kiedy wreszcie odkryje kim jest, zrozumie czym jest Amber oraz przypomni sobie całą rodzinę, zapragnie powrócić do Królestwa. Tak się składa, iż tron chwilowo jest pusty, a po koronę królewską zamierza sięgnąć kolejny brat Corwina – Eryk. Rozpoczyna się szaleńcza podróż, w której Corwin będzie się zmagał z wieloma przeciwnościami losu.

To właśnie podróż stała się motywem przewodnim Kronik Amberu. Corwin przez cały czas jest w drodze, ciągle dokądś zmierza, musi dotrzeć w kolejne, coraz bardziej odległe i mroczne miejsca. Zdawać by się mogło, iż motyw ten, zwłaszcza w literaturze fantastycznej, przerobiono już na tysiąc sposobów. Jednak Roger Zelazny dokonał cudu i stworzył opowieść, która, nawet po wielu latach, wciąż wciąga od pierwszej strony i wciąż niezmiennie fascynuje. Drugim motywem, na którym opiera się powieść jest zemsta. To właśnie ona pcha Corwina w wir kolejnych przygód, to ona zmusza go do działania, do podejmowania nowych decyzji.

Najbardziej niesamowitym elementem powieści jest jednak sam świat przedstawiony. Źródłem wszelkiego istnienia jest Wzorzec, w którym istnieje Amber, rzucający niezliczone Cienie. Jednym z takich równoległych światów jest Ziemia, na której przez dłuższy czas egzystował Corwin. Fascynuje i zachwyca bogactwo opisów poszczególnych krain, przerażają Dworce Chaosu, oszałamia sam Amber. Zelazny pisze tak wspaniałym, plastycznym i przebogatym językiem, że świat Amberu wydaje nam się całkowicie realny, mimo, iż jest przecież cudnie baśniowy.

Kolejną zaletą powieści jest cała gama najróżniejszych bohaterów. Wszystkie postacie są bardzo krwiste, wyraziste, przewrotne i skomplikowane, mają bardzo oryginalne charaktery. Najbardziej wyróżnia się tu oczywiście Corwin, który, ze względu na swój wieloletni pobyt na Ziemi, jest najbardziej złożoną postacią. Pojawiają się w nim typowo ludzkie uczucia, których często brak jego rodzeństwu, cechuje go pewna niechęć do intryg, w których lubuje się cały klan Amberytów, ma również wiele rozterek moralnych. Ponad to nie przypomina on wszechwiedzących i idealnych bohaterów fantasy, ma liczne wady i sporo słabości. Moim zdaniem Corwin został wykreowany wręcz wzorcowo!

Roger Zelazny w Kronikach Amberu okazał się mistrzem łączenia gatunków. W opowieściach o losach Corwina znajdziemy kryminał, fantasy, nieco science fiction, elementy powieści obyczajowej, brawurowe sceny walk, ale i wywody filozoficzne, słowem kompletny misz-masz gatunkowy. Co najważniejsze, przejścia pomiędzy tymi elementami są wręcz niezauważalne. Książkę czyta się więc z rosnącą fascynacją i nie sposób się od niej oderwać. Zawiłość fabuły sprawia, że nigdy nie można być pewnym czy dane rozwiązanie poszczególnych wątków okaże się ostateczne, dlatego też książka trzyma w napięciu dosłownie do ostatniej strony.

Zelazny nieustannie zaskakuje, intryguje i wciąga coraz głębiej w tę barwną, pełną przygód opowieść. Ja dałam się porwać i oczarować, pomimo faktu, iż część tych historii już kiedyś czytałam. Powieść uważam za jedną z najlepszych w historii fantastyki, myślę więc, że usatysfakcjonuje ona nawet najbardziej wymagających i dojrzałych czytelników.

Jedyną wadą obecnego wydania pozostaje dla mnie okropnie kiczowata okładka. Wiem jednak, że starych czytelników, którym nazwisko Zelaznego nie jest obce, nawet ona nie zniechęci. Oby nie odrzuciła nowych!

Podsumowując – jeśli szukacie powieści dowcipnej i mądrej, porywającej i zmuszającej do refleksji, brawurowej, monumentalnej, wzruszającej i wciągającej, a do tego fantastycznej - musicie sięgnąć po Kroniki Amberu. Ja z niecierpliwością czekam na tom drugi!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...