Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dark fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dark fantasy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2011

Zima mej duszy, Marcin Pągowski

„Ulitował się tedy Pan i tak do nich rzekł: Ześlę mego syna, który odkupi grzechy wybranego ludu”. Znacie to? A: „Zbuntował się jednak syn, odwracając się do Stwórcy plecami i złorzecząc mu, nie chcąc wypełnić woli ojca”? Nie? To posłuchajcie…

Alternatywnych wizji życia Syna Bożego było już w literaturze polskiej kilka, z inkwizytorem Mordimerem Jacka Piekary na czele. Osobiście jestem wielką fanką tego typu zabiegów, dlatego też z zaciekawieniem sięgnęłam po zbiór Zima mej duszy Marcina Pągowskiego. I z przyjemnością stwierdzam, iż lektura tych trzech, znacznie się od siebie różniących, opowiadań okazała się bardzo ciekawym doświadczeniem. Choć akcja każdej z opowieści dzieje się w zupełnie innych czasach i realiach oraz posiada zdecydowanie odmienną stylistykę, to cały zamysł okazał się spójny. Spoiwem jest rzecz jasna główny bohater. A w zasadzie antybohater, bo daleko mu do kryształowych postaci, jakich w fantasy pełno. Hedaard jest cyniczny, skory do zadawania cierpienia i, być może nieumyślnego, łamania niewieścich serc. Jest też pieruńsko skuteczny w tym co robi i twardo dąży do celu. Jaki by on nie był. Postać została wspaniale rozbudowana, z każdą stroną poznajemy go coraz lepiej. Niestety nie mogę tego powiedzieć o bohaterach pobocznych. Trochę żałuję, iż każda z postaci występujących w książce została potraktowana raczej po macoszemu. Chyba tylko Küka z tytułowego opowiadania dostała jakąś przeszłość i charakter, by nie rzec charakterek – za co od razu wspięła się na podium moich ulubionych postaci kobiecych tej książki. Autor bardzo dobrze oddał jej zadziorność, zagubienie pomiędzy kapryśnym dzieckiem a dojrzałą, kochającą kobietą oraz wielką determinację. Tyle, że postaci, z którymi los zetknął Hedaarda jest tu zdecydowanie więcej.

Na tle bardzo dobrych opowiadań Zima mej duszy i Cena ułudy najsłabiej, co absolutnie nie oznacza źle, wypada dość poetycka historia Audovera. Choć ma świetną puentę i wciągającą narrację to mam spory żal do autora, że nie dał nam troszkę więcej, zwłaszcza jeśli chodzi o pogłębienie tytułowej postaci. Mam nadzieję, iż nie jest to ostatnie słowo Marcina i Audovera powróci jeszcze na łamach jakiejś innej historii. Jest to bowiem postać intrygująca, o której bardzo chętnie poczytam. Póki co mogę sporo powiedzieć jedynie o jej zgrabnej kibici i kuszącym dekolcie.

Od pierwszych stron rzucił mnie na kolana język – świetnie stylizowany, dosadny, momentami ostry, ale zawsze trafny. Czuć, iż autor kocha pisać i ma wyjątkowo lekkie pióro. Nawet jeśli narracja sprawia momentami wrażenie nieco poplątanej (miałam taki moment, że pogubiłam się zupełnie w historii), to zabawa językiem odciąga od tego uwagę. Bardzo dobre i dokładne opisy również umilają lekturę, nie wspominając już o rubasznym, czasem ironicznym humorze. Męskich czytelników może wręcz rozproszyć bardzo sugestywne opisywanie kobiecych wdzięków, więc radzę się przygotować. Dodatkowym atutem jest zaskakująca mieszanka inspiracji i odwołań do kultury czy literatury. Myślę, że ich poszukiwanie da czytelnikowi sporą dawkę satysfakcji. Do moich ulubionych momentów należą oczywiście mroczne i niepokojące Dziady, opisane w mistrzowskim stylu. Wisienką na torcie jest bardzo estetyczne i klimatyczne wydanie, choć tu raczej ukłony kieruję w stronę wydawnictwa.

Otwarta forma opowiadań świadczy, mam nadzieję, o tym, iż autor nie porzucił Hedaarda i zamierza kontynuować dzieło. Po lekturze Zimy mej duszy jestem gotowa na jeszcze większą dawkę emocji i bardzo chętnie przeczytam powieść. Na chwilę obecną traktuję ten książkowy debiut Marcina Pągowskiego jako smakowitą przystawkę, po której chciałoby się nasycić odpowiednim daniem głównym. Zapitym oczywiście solidnym antałkiem miodu z Trzech Dębów.

Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Uwielbiam literaturę obrazoburczą i do takiej, ze względu na główne założenie, zaliczyłabym prozę Marcina Pągowskiego. Czekam na moment, w którym pod kościołami zbierane będą podpisy, by zakazać publikacji opowiadań tego autora, gdyż rozsławi to imię jego ponad wszelką miarę. Czego mu z całego serca życzę.

Recenzja dla portalu

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Śmierć mrocznego lorda, Laurell K. Hamilton

Jeśli lubicie Anitę Blake, uroczą zabójczynię wampirów z zasadami, stworzoną przez Laurell K. Hamilton oraz sensacyjną literaturę z wampirem w tle, to absolutnie nie czytajcie tej książki. Jeżeli natomiast uwielbiacie RPG, mroczne klimaty Ravenloft w systemie Dungeons & Dragons, i literaturę opartą na tym systemie – oto, prawdopodobnie, powieść dla Was.

Śmierć mrocznego lorda, to wydana niedawno w Polsce (w USA w 1995 roku!) powieść znanej autorki, Laurell K. Hamilton. Proza zupełnie inna od tego, do czego autorka zdążyła mnie przyzwyczaić i co, prawdę mówiąc, polubiłam. Na tyle inna, że niestety nie za bardzo przypadła mi do gustu, choć jestem przekonana, że znajdzie swoich fanów.
Fabuła książki jest stosunkowo sztampowa i mało skomplikowana. Ot, na spokojne miasteczko rzucono czar. Wszyscy zmarli wstają z grobów i powracają, by dręczyć swoich bliskich. Żywe trupy ma pokonać drużyna, której przewodzi Jonathan, wytrwały tropiciel i zabójca magów, człowiek o dość mocnym kręgosłupie moralnym, wyznający proste zasady, a przy tym dość zamknięty na odstępstwa od tego, co uznał za normę. Pod jego opieką znajduje się cała galeria postaci – wojowników i wojowniczek, ludzi od brudnej roboty, najemników, którzy zwalczają zło w ponurej krainie. I właśnie bohaterów będzie dotyczył pierwszy zarzut, jaki stawiam książce.
Powieść jest stosunkowo krótka, natomiast zapoznajemy się na jej kartach z potężną grupą postaci, przedstawionych bardzo pobieżnie. Na plan pierwszy wysuwa się irytująca Elanie, młoda dziewczyna o dziwnych zdolnościach, która zaczyna podążać swoją własną ścieżką. Jej przemyślenia i wypowiedzi bywają denerwujące i infantylne, jakby tworzone na siłę. Co ciekawe, to właśnie jej powinniśmy kibicować, gdy przeciwstawia się Jonathanowi, jednak we mnie wzbudziła uczucie wręcz odwrotne. Postać ta jest drażniąca i miałka, bardzo marudna i moim zdaniem nieinteresująca. Wstyd się przyznać, ale kilkakrotnie przyszło mi na myśl „niech te zombiaki ją wreszcie zjedzą!”. Inni bohaterowie, poza wspomnianym Jonathanem, pozbawieni są w zasadzie indywidualności, nie przywiązują nas do siebie, czasem trudno ich rozróżnić. Być może, gdyby autorka zmniejszyła nieco tę drużynę, łatwiej byłoby się z nimi identyfikować i emocjonować ich przygodami, których niestety w książce też nie ma za wiele.
Zamiast wartkiej akcji, jakiej spodziewałam się po literaturze opartej na RPG, mamy mnóstwo rozwlekłych, zbędnych i nużących opisów, które wstrzymują akcję, nie wnosząc przy tym nic nowego, czy świeżego. Najgorszą jednak stroną książki są dialogi. Mdłe, bezsensowne, o niczym. Nie wspominając już o tym, że kilkakrotnie miałam uczucie deja vu, bowiem sporo fraz, czy sytuacji po prostu się powtarzało.

Oczywiście książka nie ma samych wad. Bardzo spodobała mi się sama koncepcja krainy, w której toczy się akcja powieści. Panuje w niej ponury, mroczny klimat i wszechobecne poczucie beznadziei. Kraina potrafi wysysać energię z przybyłych do niej stworzeń, jest miejscem przeklętym, areną zabawy szaleńca. Dziwne uczucie niepokoju towarzyszyło mi jeszcze długo po zakończeniu lektury. Zainteresowało mnie również podejście do samej magii – trudnej, przeklętej sztuki, opisywanej w sposób niejako namacalny. Spore wrażenie zrobiły rozważania nad konsekwencjami, jakie niesie za sobą magia - w pewnym momencie już sami zaczynami wątpić, czy sama w sobie może być zła, czy jednak ludzie wpływają na to, jaki przybiera charakter. Był to zabieg naprawdę ciekawy, zmuszający do krótkiej refleksji. Niestety, opisów czarów, całej otoczki wokół nich, było na tyle dużo, że znów szybko mnie znudziły powtarzalnością pewnych motywów.

Dużą zaletą powieści jest scena finalna, przywodząca na myśl akcję z typowych horrorów. Mroczne uliczki po zmierzchu, wypełnione armią nieumarłych, śmierć, zabierająca towarzyszy, brak pomocy ze strony mieszkańców. O tak, dla samej końcówki warto przeczytać tę książkę.

Nie wiem sama, jak powinnam ocenić tę powieść. Z jednej strony ewidentnie nie jest to literatura wysokich lotów, z drugiej potrafi oczarować klimatem. Ma wiele wad, ale z drugiej strony kilka detali sprawia, że trudno uznać ją za prozę słabą. Myślę, że mimo wszystko warto wydawać w Polsce książki tego typu. Być może zainspiruje to kolejne pokolenia do sięgnięcia po „papierowe” RPG-i, poszukiwania niesamowitych światów i kreowania własnych, bardziej emocjonujących przygód. Innych może skłonić do sięgnięcia po literaturę fantastyczną z wyższej półki. Bardziej wybredny i doświadczony czytelnik na pewno nie powinien sięgać akurat po tę pozycję. No chyba, że bardzo lubi książki osadzone w realiach systemów RPG.

Recenzja pisana dla portalu Fantasta.pl.

niedziela, 26 grudnia 2010

Powrót Czarnej Kompanii, Glen Cook


Zapraszam do zapoznania się z kolejną recenzją, pisaną dla portalu Fantasta.
Wznowienie serii o Czarnej Kompanii było, moim zdaniem, jedną z najbardziej trafnych decyzji wydawnictwa Rebis. Dzięki temu kolejne pokolenia czytelników mogą zapoznać się z tym fenomenalnym dziełem, bez konieczności buszowania po antykwariatach i walki o poszczególne tomy, z czym, swego czasu, sama się borykałam. Ale do meritum – Powrót Czarnej Kompanii to już trzeci tom zbiorczego wydania jednego z najważniejszych cyklów fantasy, który bardzo szybko trafił na sam szczyt w moim prywatnym rankingu.

Tym razem tom składa się z dwóch powieści: Ponure lata oraz A imię jej ciemność, których cechą wspólną jest spójna narracja Murgena, nowego kronikarza Kompanii. Nie ukrywam, że zdecydowanie bardziej lubię taką jednorodną narrację, dzięki której lektura zamienia się niejako w wysłuchiwanie opowieści, co bardzo cenię w fantasy. Z drugiej jednak strony jestem zagorzałą fanką Konowała, więc trochę ubolewam, że znów Kroniki spisuje ktoś inny, nadając im jednak bardzo osobisty charakter. Murgen jest zupełnie innym kronikarzem niż Konował czy Pani, a tom Ponure lata jest przez to jednym z najdziwniejszych. Mnóstwo tu osobistych dygresji i rozważań, balansowania na granicy czasu – Murgen niejednokrotnie osuwa się w wir szaleństwa i niejako podróżuje w czasie. Swoje ataki wnikliwie opisuje w Kronikach, co na mnie zrobiło piorunujące wrażenie, zdaję sobie jednak sprawę z tego, że niektórych może to znudzić czy zwyczajnie zmęczyć, inni pogubią się w tym, co dzieje się tu i teraz, a co jest jedynie mglistym przebłyskiem przeszłości. Murgen jest zdecydowanie mniej konkretny i precyzyjny w swoich opisach niż Konował, czasem bywa chaotyczny. Glen Cook okazał się prawdziwym mistrzem w konstruowaniu narracji, tak odmiennej od poznanych dotychczas.

Powrót Czarnej Kompanii to tom nieco inny od poprzednich. Bardziej leniwy, nie naszpikowany akcją, jak to miało miejsce do tej pory. Bieg wydarzeń zdecydowanie zwolnił, duża część Ponurych lat to dramatyczny opis przeżyć Kompanii w oblężonym mieście. Opis niesamowicie realistyczny, wstrząsający i poruszający. Mam wrażenie, że mogłaby być to relacja z jakiejkolwiek prawdziwej wojny – wraz z bohaterami cierpimy głód, brodzimy po kostki w błocie, zdrapujemy paznokciami brud z poranionej skóry. Podczas lektury niemal czujemy wszechobecny smród, a nasze ciało przechodzą dreszcze na wieść o tym, że gdzieś w podziemiach ktoś pije ludzką krew. W takim świecie mało jest miejsca na miłość, która przedstawiona została w sposób bardzo oszczędny. Ten brutalny świat, w jakim przyszło żyć członkom Kompanii na długo zapada w pamięć. Akcja powieści nieco przyspiesza w tomie A imię jej ciemność, opisującym podróż do Khatovaru, który stał się prawdziwą obsesją Konowała.
Po raz kolejny wracamy do znanych już bohaterów, choć Kompania chyba nigdy nie była tak liczna, jak teraz. Obserwujemy, jak członkowie Kompanii starzeją się lub dojrzewają, widzimy, jak umierają, co nagle staje się po prostu naturalną koleją losu. Długo zastanawiałam się nad tym zabiegiem i nadal nie wiem, czy to autor swoją chłodną narracją pokazuje, że żołnierze coraz mniej emocjonalnie podchodzą do śmierci, czy to ja, czytelnik, podobnie, jak bohaterowie wystarczająco się na nią uodporniłam i z większą łatwością przechodzę nad nią do porządku dziennego. W każdym razie jest to niesamowity zabieg, który pokazuje mechanizmy wojny oraz uświadamia nam, że nawet ludzka śmierć może stać się czymś naturalnym, nad czym nie trzeba się długo rozwodzić w chwili, gdy dookoła wszystko płonie.

Co niezmiennie zachwyca w tym cyklu? Niewątpliwie cały wachlarz charakterów, w których wciąż nie ma postaci kryształowo dobrych i złych do szpiku kości. Wciąż jest tu cynizm i pragmatyczne podejście do wyznaczonych zadań, które chyba najpełniej oddaje jeden z moich ulubionych cytatów: Chciałem powiedzieć Konowałowi: Stary, jesteśmy tylko Czarną Kompanią. Jesteśmy bandą nieprzystosowanych do życia facetów, którzy umieją tylko wynajmować swoje miecze. Jasne, wdaliśmy się w z góry przegraną walkę z kilkoma dziwadłami, ale za sto lat nikogo to już nie będzie obchodzić. Uwikłaliśmy się w sprawę honoru, z powodu obietnic, jakie złożyliśmy (…). Nie próbuj jednak wmawiać nikomu, że zbawimy świat. W Czarnej Kompanii nie ma herosów czy altruistów, są ludzie, którzy z różnych powodów robią to, co muszą. Nie dorabiają do tego zbędnej ideologii, nie liczą na sławę.

Całość obrazu rewelacyjnie uzupełniają intrygi, nagłe i zaskakujące zmiany sojuszy, zdrady i niesamowite zwroty akcji. Ten cykl naprawdę czyta się z wypiekami na twarzy, sceny batalistyczne wciskają w fotel, a całość twardo siedzi w głowie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Już żałuję, że do końca pozostał jedynie ostatni tom, choć na początku byłam przerażona ilością części, które składają się na tę mroczną historię.

Powrót Czarnej Kompanii to niesamowita lektura, którą polecam każdemu. Warto jednak poznawać losy Kompanii w niewielkich odstępach czasu – po dłuższej przerwie miałam drobne problemy w połapaniem się kto jest kim z postaci pobocznych i jakie relacje łączyły danych bohaterów w przeszłości. Mam jednak nadzieję, że ten drobiazg was nie zrazi i, podobnie jak ja, staniecie się wielbicielami tego, bez wątpienia, rewolucyjnego cyklu.
Z pozostałymi recenzjami można się zapoznać na starszych stronach bloga: Kroniki Czarnej Kompanii, Księgi Południa.

środa, 16 czerwca 2010

Księgi Południa, Glen Cook. Recenzja dla portalu Fantasta

Księgi Południa Glena Cooka to druga część nowego, zbiorczego wydania entuzjastycznie przyjętego cyklu o losach Czarnej Kompanii, która wbrew obiegowym opiniom o kiepskim poziomie wszelkich kontynuacji, w niczym nie ustępuje pierwszemu tomowi.

W zasadzie mogłabym w tym miejscu przeprowadzić wyliczankę zalet, o których wspominałam przy okazji recenzji "Kronik Czarnej Kompanii" (jak brawurowe pościgi, pojedynki, batalie, oblężenia, wartka narracja, humor, cynizm itd...), jednak na szczęście Cook przygotował kilka nowości.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to kwestia narracji. Już w ostatniej części "Kronik..." mieliśmy małą próbkę zmian narratora – większość historii to kronika spisywana przez Konowała, część przedstawiał nam narrator wszechwiedzący, kilka fragmentów poznaliśmy dzięki opowieści zawartej w listach do Konowała. W Księgach Południa sprawa wygląda już zgoła inaczej.
Pierwszą część opowieści - "Srebrny Grot" - stanowi kronika spisywana przez Skrzynkę, młodego żołnierza, zaprzyjaźnionego z Krukiem. Opisuje on losy części Kompanii, która stara się odnaleźć tytułowy Srebrny Grot, artefakt, w którym zaklęty został duch pokonanego Dominatora. Ich losy splatają się dość szybko z grupą młodych, żądnych bogactwa chłopaków.
Druga część - "Gry cienia” to opowieść znanego nam doskonale Konowała – podróżuje on z Panią, Goblinem, Jednookim i Murgenem. Czeka ich daleka, pełna przygód i bitew droga, albowiem Konował ma nadzieję odnaleźć stare Kroniki Kompanii. Nie wszystkim jednak uda się dobrnąć do celu.
Wreszcie część ostatnia "Sny o stali" to kronika spisywana przez samą Panią. Utraciła ona co prawda swe przerażające moce, ale pozostała prawdziwą babą "z jajami". Tę część czyta się naprawdę z zapartym tchem, a sama postać Pani wybiła się na moją ulubioną.
Zdaję sobie sprawę, że zabieg ze zmianą narratora nie każdemu przypadnie do gustu (w końcu zaczynamy się przywiązywać do Konowała, może nawet trochę się z nim identyfikować i nagle następuje całkowita zmiana) mi jednak szalenie się to spodobało. Mam nawet wrażenie, że poszczególni narratorzy zostawili w powieści jakiś swój charakterystyczny styl, co bardzo cenię.

Kwestia samych bohaterów wygląda podobnie, jak w części pierwszej. Cały czas podróżujemy z bohaterem zbiorowym, który nieco się jednak zmienia. Pojawiają się całkowicie nowe postacie, część niestety tracimy, zdarzają się i tacy, którzy wrócą z zaświatów, kilku przechodzi ciekawe metamorfozy. Szczególnie interesujące zmiany zachodzą w Kruku, wcześniej zimnym jak stal, tajemniczym i śmiertelnie groźnym, obecnie jakby zakochanym, słabszym. Podobnie wygląda sprawa z Panią – okazuje się bowiem postacią dość złożoną. Z jednej strony okrutną i bezwzględną, później kruchą i kobiecą, następnie znów morderczą. Z postaci drugoplanowych, które utkwiły w mej pamięci, trzeba wspomnieć o Żabim Pysku – uroczym chochliku, który posiada wielkie moce a jego rola w całej historii jest dość niejednoznaczna i zaskakująca. Nadal bawił mnie do łez duet Goblin – Jednooki. Ich magiczne pojedynki, kłótnie i wojny, a w rzeczywistości głęboka przyjaźń wywołały niejeden wybuch śmiechu.

Księgi Południa mają wiele zalet, o których wspomniałam już przy okazji recenzji pierwszego tomu. Nadal jest to cyniczna, okrutna historia o wojnie, tym razem pojawiają się jednak pewne wątki miłosne, których się spodziewałam i nieco obawiałam. Autor poradził sobie jednak świetnie. Rozterki uczuciowe i romanse są przedstawione bardzo subtelnie i zdecydowanie uciekają na dalszy plan powieści. Dzięki temu nie męczą, a ubarwiają narrację. Fakt, iż w ostatniej części narrację przejęła kobieta też okazał się zaskakujący i bardzo ucieszył jakąś moją feministyczną cząstkę. W "Kronikach..." kobiet było dość mało – czytaliśmy o losach Pupilki i Pani, ale ich kreacje ginęły gdzieś za mężczyznami. W Księgach Południa są już bardzo widoczne i to one często sterują wydarzeniami.

Stosunkową nowością jest wątek religijny, raczej nie poruszany w pierwszej części oraz nieco więcej polityki. Zaznaczam jednak, że u Cooka wolę czytać o bitwach i walce niż o intrygach czy właśnie polityce. Mam wrażenie, jakby te aspekty były nieco słabsze.

Księgi Południa okazały się godną kontynuacją świetnie rozpoczętego dzieła. Cook nadal tworzy postacie z krwi i kości, które czasem zaskakują nas wyborami i decyzjami. Tak, jak pisałam wcześniej – nie ma tu miejsca na biel i czerń, dobrych i złych. Świat Cooka, to świat szarości, niejednoznaczności i brutalności. Wydaje mi się nawet, iż język Cooka w tym tomie stał się bardziej dosadny i ostry. Część scen czy dialogów nie nadaje się w związku z tym dla dzieci.

Pomimo oszałamiającej liczny stron przeczytałam ten tom jednym tchem i jestem z lektury szalenie zadowolona. Na pewno usatysfakcjonuje ona fanów pierwszej części, uważam bowiem, że bez znajomości "Kronik..." nie ma co brać się za kolejne tomy. Tak więc kto jeszcze nie czytał, niech prędko nadrabia! Warto!

Recenzja standardowo ukazała się na portalu Fantasta.

UWAGA! Na Fantaście do wygrania 3 egzemplarze powieści "Infekcja" S. Siglera. Odwiedzajcie regularnie dział Konkursy. Jest ich coraz więcej!

piątek, 28 maja 2010

Kroniki Czarnej Kompanii, Glen Cook - recenzja z portalu Fantasta

Cykl o "Czarnej Kompanii" Glena Cooka już dawno wszedł do ścisłego kanonu fantasy, dlatego bardzo uradował mnie fakt, iż Rebis postanowił wznowić całą serię. Tym razem, zamiast dziewięciu książek postawiono na cztery tomy zbiorcze. Nowe wydanie otwierają "Kroniki Czarnej Kompanii", obejmujące następujące tytuły: "Czarna Kompania", "Cień w ukryciu" i "Biała Róża", dzięki czemu zyskujemy bardzo ładnie wydane, liczące blisko tysiąc stron tomiszcze, od którego trudno się oderwać.

O "Kronikach..." można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, iż są one wtórne, przewidywalne czy bazują na utartych schematach. Już sam pomysł głównego bohatera jest zaskakujący. Mamy bowiem do czynienia z jedynym w swoim rodzaju bohaterem zbiorowym – Czarną Kompanią, dość licznym zespołem najemników, walczących dla tego, kto dobrze płaci. Sam pomysł był niezwykle nowatorski i ciekawy, a przelanie go na papier okazało się strzałem w dziesiątkę. Czarna Kompania to nie są, mówiąc kolokwialnie, dobre chłopaki. To drużyna cynicznych, wyrachowanych, lecz jednak wzbudzających sympatię czytelnika żołnierzy, którym daleko do żądnych chwały rycerzy w lśniących zbrojach. Żołnierzy, którzy wykonują swoją pracę, nie ważne, jak bardzo bywa ona paskudna. Nie marzy im się sława, chcą po prostu wyjść cało z wojennej zawieruchy. Nikt nie jest tutaj czarny, ani biały. W tych trudnych czasach, w których przyszło żyć Kompanii, czasem staje się po tej złej stronie. Być może dlatego, że inna strona może okazać się jeszcze gorsza, albo dlatego, że nie ma się wyboru. W takiej sytuacji naszych bohaterów nie stać na rozterki moralne, czy dylematy – muszą robić swoje, żeby uratować tyłek. Dzięki temu bohaterowie są nam dość bliscy, bo prawdziwi. Każdemu z nich zdarzyło się zrobić coś naprawdę złego, nie tracą jednak przy tym człowieczeństwa. Widać, że Glen Cook lubuje się w szarościach, nie ocenia bowiem nikogo jednoznacznie, nikt tutaj nie jest absolutnie dobry, ani absolutnie zły. Dla mnie to jedna z największych zalet powieści. Jednak nie jedyna.

Kompania to cały wachlarz osobowości, począwszy od Konowała - narratora dużej części tomu, lekarza, spisującego dzieje kompanii, przez Kruka - tajemniczego, okrutnego i bezwzględnego zabijaki, który jednak dla ocalonej przez siebie Pupilki jest w stanie poświęcić wszystko, dalej przez rewelacyjną parę przekomarzających się przyjaciół – Jednookiego i Goblina, Kapitana, Milczka i wielu, wielu innych, aż do postaci pobocznych, jak przyjęty do Kompanii Zalewacz - postać dość złożoną, która przeszła w powieści interesującą metamorfozę. Tych osobowości jest zdecydowanie więcej. Poznajemy m.in. Panią – okrutną, owianą legendą władczynię, wynajmującą Czarną Kompanię do kontroli nad podbitymi przez siebie ziemiami, oraz kilku Schwytanych – tajemniczych czarowników, towarzyszących Pani w jej poczynaniach. Ze względu na wielość pojawiających się w książce postaci zabrakło jednak pogłębienia historii każdego z nich. Nie jest to jednak zarzut, mi taki zabieg bardzo się spodobał, ponieważ nie utożsamiamy się tutaj z jednym, najbardziej znanym bohaterem. Z zainteresowaniem śledzimy wątki i historię wszystkich członków Kompanii.

Kolejnym dość nietypowym rozwiązaniem jest podejście Cooka do swoich bohaterów. Czasy są okrutne, więc, by zachować realizm, autor nie oszczędza wykreowanych przez siebie postaci. Ostrzegam, że nie jeden z naszych żołnierzy zginie! Poza tym nigdy nie możemy być pewni następnego kroku Kompanii. Nie raz zmieni się strona, po której walczą.

"Kroniki Czarnej Kompanii" to rewelacyjnie napisana powieść rozrywkowa i w takich kategoriach powinna być oceniana. Cechuje ją niewątpliwie lekka, ociekająca cynizmem narracja, cięty dowcip, spora dawka czarnego humoru i błyskotliwe dialogi. Nie brak też mrocznych historii, jak choćby przyprawiające o solidne ciarki na plecach poczynania Kruka w Jałowcu, tajemnic i intryg politycznych, walk, ucieczek i pościgów. Jednym słowem jest tu wszystko, czego od takiej literatury oczekuję. W realiach powieści nie ma miejsca na ckliwość czy słabość, jest bowiem krew i śmierć. A zdarzają się też rzeczy o wiele gorsze od śmierci – wiedzą coś o tym wrogowie Pani.

Glen Cook ma wielki talent do opisywania scen batalistycznych. Oblężenie czarnego zamku, zawierucha bitewna, potyczki czy zasadzki, których w powieści nie brakuje, przykuwają uwagę swoją realnością i świetnie poprowadzoną narracją. Pomimo liczby stron tę powieść naprawdę czyta się jednym tchem!

Do moich faworytów pierwszego tomu cyklu należy bez wątpienia Cień w ukryciu, historia, w której losy Czarnej Kompanii przeplatają się z historią Kruka i Pupilki, uciekającymi przed Panią. Część ta wydaje mi się najbardziej mroczna i niepokojąca, więc bardzo trafiała w mój gust, ale mam nadzieję, że w całej powieści każdy znajdzie coś dla siebie.

"Kroniki Czarnej Kompanii" naprawdę mi się spodobały. Przeplatające się wątki, zmiany zachodzące w bohaterach i ich niejednoznaczne poczynania, zwroty akcji i rewelacyjny humor sprawiły, że z niecierpliwością czekam na moment, w którym sięgnę po kolejny tom. Glen Cook zapewnił mi świetną rozrywkę na wiele wieczorów. Polecam z całego serca wszystkim, którzy lubią czytać o wojennej zawierusze, poszukują w fantasy interesujących, złożonych postaci i dobrego humoru. Naprawdę warto.
A tutaj pierwotna wersja, zamieszczona naFantaście

piątek, 21 maja 2010

Zmrok, Tim Lebbon - recenzja dla portalu Fantasta.pl

Zmrok Tima Lebbona to pierwsza przetłumaczona na język polski powieść tego znanego i cenionego na zachodzie autora horroru i dark fantasy. Została nagrodzona m.in. British Society Award i Bram Stoker Award, planowana jest również jej ekranizacja.

Jest to pierwszy tom sagi, rozgrywającej się w mrocznym i brutalnym (naprawdę brutalnym!) świecie Noreeli. Odkąd magia umarła, pogrążoną w chaosie krainą rządzi przemoc i strach. Krążą jednak plotki, iż magia może się odrodzić w nieświadomym niczego chłopcu. Grozi mu oczywiście śmiertelne niebezpieczeństwo. Czerwoni Mnisi zrobią wszystko, by nie dopuścić do powrotu magii na ziemię. Również Magowie rozpoczną polowanie na chłopca, by w odpowiednim momencie przejąć kontrolę nad odradzającą się magią. Zdawać by się mogło, iż fabuła rozwinie się jak w klasycznym fantasy. Głównym bohaterem jest młody chłopak, Rafe Baburn, który cudem ocalał z rzezi w swojej rodzinnej wiosce. Wokół niego zbiera się grupa osób (na kształt drużyny, popularnej w heroic fantasy). Sporo wątków przywodzi na myśl rozwiązania widoczne np. u Tolkiena. Zamiast elfa, krasnoluda i hobbitów mamy tutaj złodzieja Kosara o wiecznie krwawiących dłoniach, wiedźmę dziwkę o paradoksalnym imieniu Nadzieja, wojowniczkę A`Meer, pochodzącą z tajemniczego ludu Shantasi, uzależnionego od fledżu (bardzo popularny narkotyk w świecie Noreeli) górnika, podróżującego z bibliotekarką Alishią. Głównym celem tej nietypowej drużyny nie jest jednak dotarcie do jakiegoś miejsca, a ucieczka przed ścigającym ich niebezpieczeństwem. Motyw drogi, tak często eksploatowany w fantasy, został więc przedstawiony w nieco odmienny sposób. Początkowo Czerwoni Mnisi kojarzyli mi się z tolkienowskimi Nazgulami, są bowiem tak samo zabójczy i niemal nieśmiertelni. Również wygląd zakapturzonych, tajemniczych postaci przywodził na myśl rozwiązanie Tolkiena. W Zmroku ich wyjątkowa odporność i moc została jednak niesztampowo wytłumaczona, okazuje się bowiem, iż wyjątkowa determinacja w dążeniu do celu oraz kurczowe trzymanie się wytycznych sprawia, iż organizm pozyskuje energię z kolejnych obrażeń. Ten sposób walki kojarzy się również z nordyckimi berserkami, co naprawdę przypadło mi do gustu. Nie będę jednak zdradzała wszystkich smaczków, warto poszukać ich samodzielnie.

Niezwykle ciekawym pomysłem było przedstawienie magii, jako neutralnej, nieokiełznanej, pierwotnej siły, która może siać zniszczenie lub czynić dobro, w zależności od tego kto, i w jaki sposób, ją stosuje. Została ona zaklęta w uśpionych maszynach, co kojarzy się nieco steampunkowo i szkoda, iż wątek ten nie został bardziej rozbudowany. Przeciwstawiono jej naukową "magię" wiedźmy. Naukową, ponieważ Nadzieja w bardzo świadomy sposób wykorzystuje pewne naturalne właściwości różnych substancji, roślin i zwierząt, nazywając pogardliwie swoją działalność sztuczkami. Dla zwykłych, nieświadomych niczego ludzi, jest to jednak swego rodzaju magia, gdyż pewnych zjawisk po prostu nie rozumieją. Wiedźma marzy skrycie o tym, iż pewnego dnia spłynie na nią cząstka prawdziwej magii. Zestawienie tej prawdziwej magii i działalności wiedźmy okazało się niezwykle interesującym i inspirującym zabiegiem.

Autor starał się przedstawić dość szczegółowo losy wszystkich bohaterów. Nadmiar wątków okazał się jednak dość męczący. Sporo fragmentów, czy historii, zwłaszcza dotyczących drugoplanowych postaci, jest nużących, lub sprawia wrażenie przegadanych, tak, jakby autor zbyt głęboko zakopał się w ich przeszłość. Część opisów wydaje się tym samym zbędna. Powieść jest przez to dość nierówna, momentami zachwyca, czasem jednak nudzi. Historie niektórych bohaterów czytałam zachłannie, inne miałam ochotę pominąć. I właśnie zbyt długie, nużące, nie wnoszące nic istotnego dla fabuły opisy są najsłabszą stroną powieści.

Do zalet Zmroku możemy zaliczyć przedstawiony nam świat. Intrygują niesamowite opisy kopalni fledżu oraz nietypowy wygląd górników, którzy, żyjąc pod ziemią, dostosowują się do ciężkich warunków. Wciągają opisy fledżowych snów – wizji, wywoływanych przez narkotyk, będących swego rodzaju wędrówką duszy. Zdecydowana część powieści toczy się jednak na powierzchni, i również tutaj barbarzyński świat jest interesujący. Wulgarny i dosadny język, bezpardonowe sceny rzezi czy erotyczne opisy całkowicie pasują do klimatu krainy, jednak ze względu na duży stopień brutalności, nie polecam tej książki młodszym czytelnikom. Widać doskonale, iż autor specjalizuje się w horrorze, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości od pierwszej strony książki.

Obawiałam się, że Zmrok Tima Lebbona, będzie sztampową, powielającą schematy, mroczną powieścią fantasy dla młodzieży. Okazało się, że Lebbon, na kanwie oklepanych pomysłów i motywów, stworzył jednak coś nowego i świeżego. Do ostatniej strony nie możemy być pewni, jakie rozwiązania zafunduje nam autor, a i samo zakończenie jest naprawdę mocne i nieprzewidywalne. Jeśli macie dość książek o Dziecku, Które Musi Uratować Świat, to... koniecznie sięgnijcie po Lebbona. Na pewno Was zaskoczy. Dla takiego zakończenia, nawet jeśli jest to tylko zakończenie pierwszego tomu, warto się nieraz przemęczyć nad dłużyznami, których w książce nie brakuje.

Książkę polecam tym czytelnikom, którzy mają dość irytujących i niezniszczalnych bohaterów, a lubią dark fantasy.

Dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
Recenzja, jak zwykle, pojawiła się najpierw na portalu Fantasta
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...