Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 lutego 2011

Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć, Paolo Bacigalupi

Odkąd, już jakiś czas temu, przeczytałam w Nowej Fantastyce rewelacyjne opowiadanie Człowiek z żółtą kartą, liczyłam na to, że jeszcze kiedyś będę miała okazję bliżej poznać twórczość Paolo Bacigalupiego. Wydawnictwo MAG, decydując się na zbiorcze wydanie różnych dzieł tego autora, zaserwowało nam najprawdziwszą ucztę wyobraźni. I tak oto mamy do czynienia z potężną księgą zawierającą dziesięć rewelacyjnych opowiadań i powieść Nakręcana dziewczyna. Każdy z tych utworów jest prawdziwym majstersztykiem.

Proza Bacigalupiego nie jest łatwą i przyjemną lekturą. Jest oszałamiającą, przytłaczającą wizją nieuniknionej przyszłości, zniszczonej przez człowieka. Najważniejsze z zagrożeń to modyfikacje genetyczne, nadmierna eksploatacja naturalnego środowiska, pogoń za pieniądzem, niekontrolowany rozwój mediów, walki potężnych korporacji, czy katastrofy ekologiczne. Wszystko to, co może sobie zafundować człowiek w sposób bardziej i mniej świadomy. Każde z tych zagrożeń wplecione zostało w karty tego wyjątkowego zbioru w sposób niezwykle sugestywny, zmuszający do myślenia i wywołujący autentyczny niepokój.

Bardzo mocną stroną twórczości Bacigalupiego jest igranie z silnymi emocjami. Autor nie cacka się z naszymi uczuciami i dość dobitnie ukazuje upadek gatunku ludzkiego. Chyba do końca życia nie zapomnę opowiadania Fletka, poruszającego temat inżynierii genetycznej – zagadnienia tak fascynującego, jak i odpychającego. Pięknie opisana historia wyjątkowych bliźniaczek, obdarzonych niesamowitą urodą, w których zmodyfikowane zostało w zasadzie wszystko, pozostawiło mnie w stanie osłupienia jeszcze na długo, po zakończeniu lektury. Połączenie subtelnego, barwnego opisu z trudną, odrażającą tematyką powinno wstrząsnąć chyba każdym czytelnikiem. Finałowy taniec sióstr jest hipnotyzujący, a jednocześnie napawa nas odrazą. Pokażcie mi drugiego autora, który potrafi wywołać tak skrajne emocje, posługując się oszczędną formą opowiadania. Podobnie jest zresztą w innych jego dziełach. Wystarczy przywołać obraz wyniszczonego świata w opowiadani Paszo, czy poczucie bezsilności, jakie towarzyszy nam podczas lektury Nakręcanej dziewczyny, w szczególności gdy autor serwuje nam dosadny obraz wykorzystania Nowego Człowieka, nakręcanki Emiko.

Na uwagę zasługuje kreacja świata przedstawionego. Większość opowiadań to historie, których akcja toczy się w świecie przyszłości, alternatywnej Tajlandii, inne w zasadzie mogłyby dotyczyć każdego miejsca na ziemi. Nie jest to ważne, gdyż liczy się tutaj przesłanie, mówiące o tym, jak może wyglądać nasz świat już całkiem niedługo. Z ulgą przyjęłam fakt, iż pozostając w gatunku ekofantastyki, Bacigalupi nie skupił się zbyt mocno na fachowym i dokładnym opisie funkcjonujących w tym świecie technologii. Może to rozczarować wielbicieli hard sf, dla mnie proporcje zostały idealnie wyważone.

Ciekawym zabiegiem okazało się nowatorskie potraktowanie bohaterów. Są to postacie bardzo realistyczne, a jednak nie najważniejsze w prozie Bacigalupiego. Za moment prawdopodobnie umkną nam ich imiona, jednak problem, który ich dotyczył na pewno nie wywietrzeje. Będziemy pamiętać ich obawy, marzenia, ich okrucieństwo czy obojętność, nawet jeśli trudno będzie nam sobie przypomnieć kontekst ich historii. I często będą to wspomnienia gorzkie, nawet jeśli autor serwuje nam mglistą nadzieję, w postaci otwartego zakończenia Nakręcanej dziewczyny.

W twórczości Bacigalupiego jest pewna, nienachalna dydaktyka: zobaczcie, czym to się może skończyć i wyciągnijcie wnioski. Nie ma recept, gróźb, konkretnych przyczyn. Autor zwraca po prostu uwagę na ważne zjawiska ekologiczne i postępującą dehumanizację gatunku ludzkiego. Warto więc zastanowić się, czy nie jest to wizja jutra, jakie sami sobie przygotowujemy.

Myślę, że zbiór ten jest jedną z najważniejszych książek, z jakimi przyszło mi się zmierzyć. Na pewno nie jest to lekkie czytadło na dwa wieczory, dlatego dobrze jest przygotować sobie nieco więcej czasu na lekturę. I nie chodzi tu o liczbę stron, ale o fakt, że jest to trudna, wymagająca proza, obok której trudno przejść obojętnie, która pozostawi nas z wieloma przemyśleniami. Szkoda, że nie są to przemyślenia optymistyczne. W każdym razie gorąco polecam za wspaniały styl, fantastyczną galerię bohaterów, ważną tematykę, silne emocje i towarzyszące im refleksje. Z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła tego niesamowitego autora.

Recenzja napisana została dla portalu Fantsta.pl.

niedziela, 6 lutego 2011

Szaleństwo aniołów, Kate Griffin

Londyn pulsuje magią, miejskie legendy naprawdę żyją i przepełnione są mocą, a po ulicach spacerują czarnoksiężnicy. Matthew Swift zmartwychwstał i ma do wyrównania rachunki. Oto opowieść o magii i zemście, najprawdziwsze urban fantasy w najlepszym wydaniu. I jeśli automatycznie w myślach przywołujecie Gaimana z Nigdziebądź czy Mieville`a z LonNiedynem, to idziecie dobrym tropem. Kate Griffin nie powinna zawieść nawet najbardziej wybrednych czytelników, jej książka bowiem skrzy się od magii, sączącej się z każdej kolejnej strony.

Urban fantasy to ostatnio bardzo popularny gatunek. Być może dlatego, że sprawia wrażenie, iż nie jest specjalnie wymagający – ot, jakieś fantastyczne wątki rozgrywające się we współczesnym świecie, w środowisku miejskim. Ale Kate Griffin nie poszła na łatwiznę i przedstawiła nam jedną z najbardziej oryginalnych i spójnych wizji świata, w którym magia jest czymś absolutnie naturalnym dla miasta, można czerpać ją ze stacji metra czy kubła na śmieci, każde miejsce ma swoją niepowtarzalną energię, a ci, którzy potrafią to dostrzec, posiadają potężną moc. Takie rozwiązanie bardzo mi się spodobało, wszystko tu jest logiczne i naturalne, choć miejska magia bywa kapryśna, w końcu wypływa z serca potężnej, współczesnej metropolii. Już dla samej tej wizji warto zapoznać się z tą obszerną powieścią. Atutów mamy jednak więcej.

Główny bohater, Matthew Swift to rewelacyjnie zarysowana, dość skomplikowana postać, która interesująco się rozwija. Już sam początek jego historii jest oszałamiający – nie często bowiem zdarza się obudzić po blisko dwóch latach od własnej śmierci i od razu być rzuconym w wir magicznych zdarzeń. Towarzyszyć mu będzie cała plejada niesamowitych postaci – czarowników i wróżek, motocyklistów, którzy przemieszczają się po mieście z zawrotną prędkością, ludzi, którzy tworzą magię za pomocą graffiti na murach, wróżów czy jasnowidzów. I choć drugoplanowych bohaterów mamy całą masę, nie jestem w stanie powiedzieć o nich złego słowa. Są pasjonujący! A kiedy staniemy twarzą w twarz z miejskimi legendami – Królem Żebraków czy Bezdomną, pozostaniemy oczarowani rozmachem wizji i wspaniałej wyobraźni autorki.
Choć powieść to lektura słusznych rozmiarów (bagatela 560 stron!), to jej wielowątkowość oraz szalone tempo akcji sprawiają, że nie sposób się nią zmęczyć czy znudzić. Jeśli akcja chwilowo zwalnia, to tylko po to, by złożyć hołd innemu bohaterowi – Londynowi, niesamowitej metropolii pełnej tajemniczych zakątków, mrocznych zaułków, czy nieznanych uliczek. Opisy, którymi raczy nas autorka są nienachalne i doprawdy urokliwe, wspaniale uzupełniają tę czarującą historię. Galopujący wir zdarzeń dopełniają również retrospekcje, które z czasem rzucają nieco więcej światła na dość skomplikowaną historię życia i śmierci Matthew Swifta. Czeka nas również kilka zaskakujących zwrotów akcji oraz bardzo udane zakończenie. Jednego możecie być pewni – w tej powieści może się zdarzyć wszystko!

Nie byłabym sobą, gdybym nie poświęciła chwili dialogom, w końcu jest to jeden z najważniejszych elementów powieści. Dobre dialogi pchają akcję do przodu, wywołują uśmieszki, skupiają na sobie koncentrację czytelnika. Tutaj sprawdzają się bez zarzutu. W zasadzie nie ma dialogów pretensjonalnych, niepotrzebnych czy nużących, autorka prowadzi je lekko i błyskotliwie.
Recenzja powinna zawierać również informacje na temat słabych stron książki. Z radością oświadczam – ja takich nie znalazłam! No może jedną, malutką: dlaczego trzeba czekać miesiąc na kolejny tom? Bo naprawdę chętnie zabrałabym się za lekturę dalszych przygód Matthew Swifta i szalonych, niebieskich aniołów już teraz.

Szaleństwo aniołów to jedna z najciekawszych nowości wydawniczych ostatnich miesięcy. Porywająca, zabawna i głęboko mądra, a przy tym zapewniająca wspaniałą rozrywkę. Idealnie odzwierciedla nasze czasy – iskierki magii żyją w przewodach telefonicznych, Internecie, pociągach, wszędzie tam, czego dotknęła współczesna cywilizacja. Osobiście uwielbiam to rozwiązanie. Dodatkowym atutem będzie również fakt, iż powieść skierowana jest zarówno do młodszych (byle nie zbyt młodych, autorka nie cacka się ze słownictwem), jak i starszych czytelników, których, mam nadzieję, ta powieść oczaruje tak samo jak mnie. Pod koniec lektury przypomni nam się niby znany, a jednak zapomniany banał – życie to magia. Czy można temu zaprzeczyć?

Recenzja napisana została dla portalu FANTASTA.PL.

piątek, 26 listopada 2010

Następca, M. S. Diaczenko



Zapraszam do zapoznania się z kolejną recenzją pisaną dla portalu Fantasta.

Do lektury Następcy, trzeciego tomu tetralogii Tułacze, autorstwa Siergieja i Mariny Diaczenko, przystąpiłam z prawdziwą przyjemnością. Po doświadczeniach z pierwszą i drugą częścią wiedziałam doskonale, że książka musi wzbudzić mój zachwyt, przykuć do fotela i pozostawić z głową pełną refleksji i pięknych obrazów. I oczywiście nie zawiodłam się.

Diaczenko to prawdziwi magicy. Czarują przepięknym językiem, zachwycają wnikliwą analizą natury człowieka, rozpieszczają barwną, gawędziarską narracją. Nawet, jeśli sięgają po tematy trudne, to zawsze towarzyszy temu głęboka wiara w dobro, które drzemie w każdym z nas.

Następca to powieść najbardziej dramatyczna i poruszająca z cyklu. Powieść o cierpieniu, miłości i demonach przeszłości. Być może brzmi to dość banalnie, ale zapewniam – z banałem nie ma nić wspólnego. Wydarzenia opisywane w tym tomie rozgrywają się wiele lat od zdjęcia klątwy z Egerta Solla, historii opisanej w drugim tomie cyklu. Egert jest szczęśliwym mężem pięknej Torii, dawno już zapomniał o mrocznych chwilach i cieszy się życiem rodzinnym. Diaczenko lubią jednak testować kondycję człowieka, więc i tym razem ich bohaterowie będą musieli odnaleźć się w ekstremalnych warunkach. Warto się przekonać, czy zdadzą egzamin z człowieczeństwa.
Tym razem na plan pierwszy wysuwa się Luar, syn Egerta i Torii, młody chłopak, który wkracza dopiero do krainy dorosłości. Wychowany w przepełnionym miłością domu, nie obeznany z prawami, jakie rządzą światem, nagle pozostanie sam. No, może nie całkiem. Drugim narratorem powieści jest Tantala, młoda aktorka wędrownej trupy aktorskiej, która przypadkiem zdemaskuje tragiczną prawdę o prawdziwym pochodzeniu Luara. Od tego momentu zacznie się prawdziwy dramat. Ludzie, darzący się miłością odsuną się od siebie, Egert wybierze ucieczkę, Toria szaleństwo. Luar zaś będzie musiał sam poradzić sobie ze swoim pochodzeniem. I podjąć decyzję, która zaważy na losach świata.

Niesamowici, przekonujący bohaterowie, występujący u tego rosyjsko-ukraińskiego duetu, to powoli standard. Nie znajdziecie tu postaci papierowych czy niewiarygodnych. Każda osoba, to człowiek z krwi i kości, każda posiada dużą indywidualność i specyficzne cechy charakteru. Świadczy to o wielkim talencie autorów, ale też o ich znajomości psychologii człowieka. Chylę czoła przed ich umiejętnościami.

Co w tym tomie ujęło mnie najbardziej? Przede wszystkim wnikliwe stadium kobiecej duszy. Każda z nas, która kochała do szaleństwa, będzie wiedziała o czym mówię. Tantala to niesamowicie zarysowana postać. Jest młoda, ale niesamowicie dojrzewa na kartach powieści. Jest idealistką, marzycielką, a jednocześnie kobietą twardo stąpającą po ziemi. Bierze na swoje barki zbyt wiele, by mogła to udźwignąć bez szwanku. Kocha i nienawidzi, zaskakuje chłodnym wyrachowaniem i wzrusza pełnymi miłości gestami. Jest naiwna i przebiegła, piękna i opiekuńcza. Jej miłość to wariactwo, ale pełno w niej szczerości i bezinteresowności. A, że od miłości tylko krok do rozpaczy i nienawiści, to już inna sprawa.

Diaczenko po raz kolejny mnie zachwycili. Stworzyli dzieło głęboko humanistyczne, dzieło o ludziach, którzy muszą podźwignąć się nawet po największym dramacie. Ostrzegam – nie znajdziecie tu prostej, przyjemnej rozrywki, ale piękną, a niekiedy przerażającą powieść psychologiczną, odpowiadającą na wiele ważnych pytań. Ciekawym wątkiem stały się dla mnie rozważania, co tak naprawdę decyduje o charakterze i decyzjach człowieka. Czy wpływają na nie tylko i wyłącznie geny, czy jednak można przed nimi uciec, czy wychowanie może odegrać decydującą rolę w kształtowaniu człowieka, czy nie ma w zasadzie żadnego znaczenia. Następca to powieść pasjonująca i bardzo mądra, skryta pod subtelnym płaszczykiem fantasy, ale mówiąca o każdym z nas.

Czy w książce udało mi się odnaleźć jakieś wady? W zasadzie jedną, malutką. Końcówka powieści jest dość patetyczna i rozdmuchana. Zazwyczaj bardzo ostro oceniam patos, występujący w fantasy, tutaj jednak nie przeszkadzał mi za bardzo. Ba! Diaczenko idealnie sterowali moimi uczuciami. Wiedząc, że jest to zabieg celowy, który musi wycisnąć łzy z oczu, i tak płakałam jak dziecko nad ostatnimi stronami powieści.

Jeśli znacie poprzednie dwa tomy, to zapewne nie muszę Was zachęcać do zapoznania się z Następcą. Moim zdaniem jest to najlepsza część cyklu, najbardziej denerwująca, bo nikt nie lubi, gdy wspaniali bohaterowie muszą cierpieć, pasjonująca i zapadająca w pamięć. Jeśli nie mieliście okazji zapoznać się z tą pozycją, a interesuje Was psychologia i lubicie podumać nad naturą człowieka – cóż, polecam jak najszybciej nadrobić zaległości. Warto jednak czytać książki po kolei. Każda z nich jest osobną historią, jednak widać bardziej i mniej subtelne nawiązania do poprzednich części – nie odmawiajmy sobie przyjemności odnajdywania tych najbardziej zawoalowanych. Następca to wyrafinowana, piękna i mądra literatura, którą polecam w zasadzie każdemu.



P.S. Pamiętajcie o KONKURSIE!

niedziela, 12 września 2010

Wyprawa czarownic, Terry Pratchett

Każda szanująca się młoda dama powinna przestrzegać kilku zasad:
Nigdy nie ufaj psu z pomarańczowymi brwiami.
Zawsze zapisuj nazwisko i adres młodego człowieka.
Nigdy nie stawaj między dwoma lustrami.
I zawsze noś absolutnie czystą bieliznę, codziennie, bo nigdy nie wiesz, czy nie przewróci cię i nie stratuje na śmierć spłoszony koń, a kiedy ludzie zobaczą, że masz na sobie brudną bieliznę, umrzesz ze wstydu.

Sprawa wygląda zupełnie inaczej w przypadku czarownic, które przecież doskonale znają dzień i godzinę swojej śmierci, mogą więc nosić taką bieliznę, jaką tylko chcą. Pratchett twierdzi, że to wiele wyjaśnia w kwestii czarownic.

Jestem wielką fanką humoru Terrego Pratchetta. Z jakiegoś wielkiego przeoczenia wynika fakt, że ten wspaniały autor nigdy jeszcze nie pojawił się na łamach tego bloga. Co nie zmienia faktu, że, poza kilka drobnymi wyjątkami, przeczytałam i kocham wszystkie jego książki. Już jakiś czas temu uzupełniłam listę o Wyprawę czarownic, powieść, która tak wciąga, że nie sposób się od niej oderwać.

Każdy wielbiciel Terrego Pratchetta zna dwie urocze starsze panie – babcię Weatherwax i nianię Ogg, i wie, że jest to duet wybuchowy. A teraz spróbujcie sobie wyobrazić, że babcia ma siostrę, czarownicę naturalnie, i w tym układzie to babcia jest tą dobrą. Już rozumiecie, że po Wyprawie czarownic można spodziewać się absolutnie wszystkiego?

Kocham opowieści. Nic dziwnego, że zakochałam się w opowieści o opowieściach. Okazuje się bowiem, że bajki po prostu się tworzą, czy tego chcemy czy nie. Pratchett zabiera nas w zwariowaną podróż po „zagranicznych krajach” (na szczęście niania Ogg jest znaną lingwistką) pełną zaskakujących przygód i dobrego humoru w towarzystwie wróżki chrzestnej, ba! dwóch wróżek, kota, kapłanki voodoo, i wielu dziwnych osobistości spotykanych po drodze. Do łez bawią listy i pocztówki, które niania będzie słała do domu, perypetie z miotłami, dialogi, które można by cytować, jeden po drugim. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że w swojej powieści Pratchett umieścił bardzo wiele odniesień do znanych bajek. Czasem trzeba się nieźle nagłowić, aby odkryć wszystkie aluzje i nawiązania. Prawdziwa uczta czytelnicza!

A tak naprawdę o co chodzi? Oczywiście o uratowanie księżniczki.

Każdy fan Pratchetta będzie usatysfakcjonowany. Każdy fan serii o wiedźmach – zachwycony. Polecam wszystkim, starszym i młodszym, wielbicielom angielskiego humoru, miłośnikom fantastyki, każdemu, kto po prostu lubi czytać. Emocje gwarantowane!

Uwaga! Nie czytać w miejscach publicznych. Rechot nad książką może sprawić, że osoby z Waszego otoczenia, zaczną się Wam dziwnie przyglądać.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Kroniki Amberu, tom 2 - recenzja dla portalu Fantasta

Z prawdziwą przyjemnością przystąpiłam do lektury drugiego zbiorczego tomu Kronik Amberu, autorstwa jednego z mistrzów fantastyki - Rogera Zelaznego. Pierwszy pięcioksiąg zakończył się w taki sposób, że z niecierpliwością czekałam na kontynuację. Kroniki, których narratorem jest Merlin, syn Corwina i Dary to wspaniała literatura, którą polecam już na samym wstępie.

Zmiana narratora bez wątpienia najbardziej odróżnia dwie części Kronik. Nie ukrywam, iż przyjęłam to z żalem. Narracja Corwina i jego przygody tak bardzo zawładnęły moją wyobraźnią, że kiedy zaczęłam wgłębiać się w narrację Merlina, byłam po prostu rozczarowana. Zwłaszcza, że sposób jej prowadzenia jest całkiem zbliżony do poprzedniej i wielokrotnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż czytam Corwina. Do tej zmiany bez wątpienia trzeba się przygotować, a następnie przyzwyczaić. Kiedy przebolałam stratę ulubionego bohatera to dalsza lektura okazała się już fantastyczną przygodą.

Myślę, że każdy czytelnik w mniejszym lub większym stopniu będzie porównywał przede wszystkim naszych bohaterów. Merlin to postać zupełnie inna niż Corwin. Pierwsza część Kronik była bardziej dramatyczna, Corwin bowiem miał wiele wad, słabości i problemów, o wszystko musiał walczyć, był jednak ujmujący i czarujący. Dzięki temu okazał się postacią z krwi i kości, z którą łatwiej było się identyfikować. Merlinowi większość rzeczy podano na tacy, zdaje się przez to postacią bardziej idealną i nieco mniej realną. Być może jednak jest to moje subiektywne wrażenie.

W drugim tomie Kronik mamy do czynienia z nieco inną wizją świata. Oczywiście nadal istnieje Amber i równoległe światy – Cienie, jednak znaczenia nabiera Chaos (i jego moc reprezentowana przez Logrus) pozostający w swoistym konflikcie z Wzorcem. Zelazny odsunął nieco bohaterów, których poznaliśmy w pierwszej części. Amberyci stali się postaciami drugoplanowymi, ustępując miejsca reprezentacji Chaosu. Na scenie pojawiają się więc liczni bracia Merlina, synowie Dary. Na pierwszy plan wysuwa się Luke, a raczej Ronaldo, kuzyn Merlina, z którym łączy go bardzo skomplikowana relacja oraz jego matka Jasra. Nie zabrakło również demonów, nieznanych magów i najróżniejszych kreatur. Moje serce skradły jednak dwa twory. Pierwszym z nich jest Ghostwheel, maszyna wykonana przez Merlina, której konstrukcja jest naprawdę niesamowita, oraz Frakir, broń, która nie dość, że ostrzega Merlina przed niebezpieczeństwem, to jeszcze nabywa świadomości i prowadzi z Merlinem ciekawe dialogi. Szczególnie ujmujące okazało się jej stwierdzenie „Jestem tylko skromnym narzędziem mordu. Rozumowanie nie jest na razie moją mocną stroną”.

Zelazny zachwyca talentem. Język, jakim się posługuje jest wspaniale obrazowy, nastrojowy, dopracowany w każdym calu. Pomimo naprawdę długich opisów powieść czyta się jednym tchem, delektując się przy tym każdym zdaniem. Imponuje nieposkromiona wyobraźnia, która pozwoliła na wykreowanie tak wspaniałego Uniwersum, zachwycają błyskotliwe dialogi i sprawnie prowadzone intrygi oraz, znany z poprzedniej części wspaniały mix gatunkowy. Liczne zwroty akcji sprawiają, że do samego końca powieść trzyma nas w napięciu. Bardzo dużą rolę odgrywa również filozofia i metafizyka, które przeważają nad polityką czy wojnami. Wspaniale stawiane pytania i mądre rozważania idealnie dopełniają dzieła. Zelazny to prawdziwy mistrz pióra.

Warto pamiętać, że Kroniki Amberu tom 2 to mimo wszystko pięć oddzielnych powieści, które splatają się w jedną całość. Moim osobistym faworytem pozostaje część Znak Chaosu, rozpoczynająca się psychodelicznym opisem lokalu, w którym uwięziony zostaje Luke. Zelazny pokłonił się tutaj prozie Lewisa Carrolla i stworzył oparty na logice snu obraz, w którym przewijają się postacie z Alicji w Krainie Czarów. Jest to scena tak perfekcyjna, że nawet język został wystylizowany na jej potrzeby. Luke i Merlin popijają więc z Kotem, obserwują Gąsienicę, wskakują do króliczej nory, Merlin walczy z Banderzwierzem. Cała scena fascynuje swoim onirycznym, narkotycznym charakterem i trafia do rankingu moich ulubionych.

Myślę, że prozy Rogera Zelaznego tak naprawdę nie trzeba reklamować. Jest to nazwisko, które w zasadzie broni się samo. I całe szczęście, bowiem po książkę sięgnie na pewno duża grupa fanów. Jeśli jednak nie mieliście okazji, aby zapoznać się z częścią pierwszą, szybko nadróbcie zaległości. Warto trzymać się kolejności, pięć pierwszych tomów wprowadza nas bowiem w ten dość skomplikowany świat, którego, bez pewnej wiedzy, możemy nie zrozumieć.

Lektura Kronik Amberu wymaga na pewno czasu i skupienia, ale gwarantuję, że nie będzie to czas stracony. I chociaż pozostaję wierną fanką Corwina, uważam, iż tom drugi dorównuje części pierwszej, a razem tworzą niezapomniany i fascynujący cykl, do którego warto wracać.

piątek, 28 maja 2010

Kroniki Czarnej Kompanii, Glen Cook - recenzja z portalu Fantasta

Cykl o "Czarnej Kompanii" Glena Cooka już dawno wszedł do ścisłego kanonu fantasy, dlatego bardzo uradował mnie fakt, iż Rebis postanowił wznowić całą serię. Tym razem, zamiast dziewięciu książek postawiono na cztery tomy zbiorcze. Nowe wydanie otwierają "Kroniki Czarnej Kompanii", obejmujące następujące tytuły: "Czarna Kompania", "Cień w ukryciu" i "Biała Róża", dzięki czemu zyskujemy bardzo ładnie wydane, liczące blisko tysiąc stron tomiszcze, od którego trudno się oderwać.

O "Kronikach..." można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, iż są one wtórne, przewidywalne czy bazują na utartych schematach. Już sam pomysł głównego bohatera jest zaskakujący. Mamy bowiem do czynienia z jedynym w swoim rodzaju bohaterem zbiorowym – Czarną Kompanią, dość licznym zespołem najemników, walczących dla tego, kto dobrze płaci. Sam pomysł był niezwykle nowatorski i ciekawy, a przelanie go na papier okazało się strzałem w dziesiątkę. Czarna Kompania to nie są, mówiąc kolokwialnie, dobre chłopaki. To drużyna cynicznych, wyrachowanych, lecz jednak wzbudzających sympatię czytelnika żołnierzy, którym daleko do żądnych chwały rycerzy w lśniących zbrojach. Żołnierzy, którzy wykonują swoją pracę, nie ważne, jak bardzo bywa ona paskudna. Nie marzy im się sława, chcą po prostu wyjść cało z wojennej zawieruchy. Nikt nie jest tutaj czarny, ani biały. W tych trudnych czasach, w których przyszło żyć Kompanii, czasem staje się po tej złej stronie. Być może dlatego, że inna strona może okazać się jeszcze gorsza, albo dlatego, że nie ma się wyboru. W takiej sytuacji naszych bohaterów nie stać na rozterki moralne, czy dylematy – muszą robić swoje, żeby uratować tyłek. Dzięki temu bohaterowie są nam dość bliscy, bo prawdziwi. Każdemu z nich zdarzyło się zrobić coś naprawdę złego, nie tracą jednak przy tym człowieczeństwa. Widać, że Glen Cook lubuje się w szarościach, nie ocenia bowiem nikogo jednoznacznie, nikt tutaj nie jest absolutnie dobry, ani absolutnie zły. Dla mnie to jedna z największych zalet powieści. Jednak nie jedyna.

Kompania to cały wachlarz osobowości, począwszy od Konowała - narratora dużej części tomu, lekarza, spisującego dzieje kompanii, przez Kruka - tajemniczego, okrutnego i bezwzględnego zabijaki, który jednak dla ocalonej przez siebie Pupilki jest w stanie poświęcić wszystko, dalej przez rewelacyjną parę przekomarzających się przyjaciół – Jednookiego i Goblina, Kapitana, Milczka i wielu, wielu innych, aż do postaci pobocznych, jak przyjęty do Kompanii Zalewacz - postać dość złożoną, która przeszła w powieści interesującą metamorfozę. Tych osobowości jest zdecydowanie więcej. Poznajemy m.in. Panią – okrutną, owianą legendą władczynię, wynajmującą Czarną Kompanię do kontroli nad podbitymi przez siebie ziemiami, oraz kilku Schwytanych – tajemniczych czarowników, towarzyszących Pani w jej poczynaniach. Ze względu na wielość pojawiających się w książce postaci zabrakło jednak pogłębienia historii każdego z nich. Nie jest to jednak zarzut, mi taki zabieg bardzo się spodobał, ponieważ nie utożsamiamy się tutaj z jednym, najbardziej znanym bohaterem. Z zainteresowaniem śledzimy wątki i historię wszystkich członków Kompanii.

Kolejnym dość nietypowym rozwiązaniem jest podejście Cooka do swoich bohaterów. Czasy są okrutne, więc, by zachować realizm, autor nie oszczędza wykreowanych przez siebie postaci. Ostrzegam, że nie jeden z naszych żołnierzy zginie! Poza tym nigdy nie możemy być pewni następnego kroku Kompanii. Nie raz zmieni się strona, po której walczą.

"Kroniki Czarnej Kompanii" to rewelacyjnie napisana powieść rozrywkowa i w takich kategoriach powinna być oceniana. Cechuje ją niewątpliwie lekka, ociekająca cynizmem narracja, cięty dowcip, spora dawka czarnego humoru i błyskotliwe dialogi. Nie brak też mrocznych historii, jak choćby przyprawiające o solidne ciarki na plecach poczynania Kruka w Jałowcu, tajemnic i intryg politycznych, walk, ucieczek i pościgów. Jednym słowem jest tu wszystko, czego od takiej literatury oczekuję. W realiach powieści nie ma miejsca na ckliwość czy słabość, jest bowiem krew i śmierć. A zdarzają się też rzeczy o wiele gorsze od śmierci – wiedzą coś o tym wrogowie Pani.

Glen Cook ma wielki talent do opisywania scen batalistycznych. Oblężenie czarnego zamku, zawierucha bitewna, potyczki czy zasadzki, których w powieści nie brakuje, przykuwają uwagę swoją realnością i świetnie poprowadzoną narracją. Pomimo liczby stron tę powieść naprawdę czyta się jednym tchem!

Do moich faworytów pierwszego tomu cyklu należy bez wątpienia Cień w ukryciu, historia, w której losy Czarnej Kompanii przeplatają się z historią Kruka i Pupilki, uciekającymi przed Panią. Część ta wydaje mi się najbardziej mroczna i niepokojąca, więc bardzo trafiała w mój gust, ale mam nadzieję, że w całej powieści każdy znajdzie coś dla siebie.

"Kroniki Czarnej Kompanii" naprawdę mi się spodobały. Przeplatające się wątki, zmiany zachodzące w bohaterach i ich niejednoznaczne poczynania, zwroty akcji i rewelacyjny humor sprawiły, że z niecierpliwością czekam na moment, w którym sięgnę po kolejny tom. Glen Cook zapewnił mi świetną rozrywkę na wiele wieczorów. Polecam z całego serca wszystkim, którzy lubią czytać o wojennej zawierusze, poszukują w fantasy interesujących, złożonych postaci i dobrego humoru. Naprawdę warto.
A tutaj pierwotna wersja, zamieszczona naFantaście

środa, 14 kwietnia 2010

Kroniki Amberu, czyli kolejna dłuuuga recenzja

Zapraszam do zapoznania się kolejną recenzją pisaną dla portalu Fantasta.
Roger Zelazny nie bez przyczyny należy do grona mistrzów fantastyki. Jego cykl o Amberze to dziś klasyka, na miarę Tolkiena czy Herberta, dlatego też niezmiernie ucieszyła mnie informacja o wznowieniu tego fantastycznego dzieła.
Tom pierwszy Kronik Amberu zawiera pięć pierwszych części starego wydania: Dziewięciu książąt Amberu, Karabiny Avalonu, Znak jednorożca, Rękę Oberona oraz Dworce Chaosu i jest logiczną, zamkniętą całością, przedstawiającą dzieje Corwina od powrotu do Amberu, aż do… no właśnie. Polecam przeczytać!

Książka zaczyna się oszałamiająco. W szpitalnym łożu budzi się pacjent po wypadku. Ma unieruchomione nogi, liczne obrażenia, a do tego amnezję. Jedyne, co czuje, to fakt, iż musi się z niego wydostać. Obdarzony niesamowitą umiejętnością szybkiej regeneracji oraz nieludzką siłą, ucieka ze szpitala i na oślep szuka miejsca, w którym może się schronić oraz przypomnieć sobie własną tożsamość. Jedyny trop, jaki odnalazł, to siostra, do której intuicyjnie żywi dość mieszane uczucia. Wypadki następują po sobie błyskawicznie: nagle na scenie pojawia się brat Corwina – Random, ścigany przez stado dziwnych stworzeń, Corwin odkrywa tajemniczą talię kart, przedstawiającą podobizny całej, bardzo licznej rodziny dziedziców Amberu, po raz kolejny zostaje zmuszony do ucieczki, a w między czasie, powoli odzyskuje prześwity pamięci. Kiedy wreszcie odkryje kim jest, zrozumie czym jest Amber oraz przypomni sobie całą rodzinę, zapragnie powrócić do Królestwa. Tak się składa, iż tron chwilowo jest pusty, a po koronę królewską zamierza sięgnąć kolejny brat Corwina – Eryk. Rozpoczyna się szaleńcza podróż, w której Corwin będzie się zmagał z wieloma przeciwnościami losu.

To właśnie podróż stała się motywem przewodnim Kronik Amberu. Corwin przez cały czas jest w drodze, ciągle dokądś zmierza, musi dotrzeć w kolejne, coraz bardziej odległe i mroczne miejsca. Zdawać by się mogło, iż motyw ten, zwłaszcza w literaturze fantastycznej, przerobiono już na tysiąc sposobów. Jednak Roger Zelazny dokonał cudu i stworzył opowieść, która, nawet po wielu latach, wciąż wciąga od pierwszej strony i wciąż niezmiennie fascynuje. Drugim motywem, na którym opiera się powieść jest zemsta. To właśnie ona pcha Corwina w wir kolejnych przygód, to ona zmusza go do działania, do podejmowania nowych decyzji.

Najbardziej niesamowitym elementem powieści jest jednak sam świat przedstawiony. Źródłem wszelkiego istnienia jest Wzorzec, w którym istnieje Amber, rzucający niezliczone Cienie. Jednym z takich równoległych światów jest Ziemia, na której przez dłuższy czas egzystował Corwin. Fascynuje i zachwyca bogactwo opisów poszczególnych krain, przerażają Dworce Chaosu, oszałamia sam Amber. Zelazny pisze tak wspaniałym, plastycznym i przebogatym językiem, że świat Amberu wydaje nam się całkowicie realny, mimo, iż jest przecież cudnie baśniowy.

Kolejną zaletą powieści jest cała gama najróżniejszych bohaterów. Wszystkie postacie są bardzo krwiste, wyraziste, przewrotne i skomplikowane, mają bardzo oryginalne charaktery. Najbardziej wyróżnia się tu oczywiście Corwin, który, ze względu na swój wieloletni pobyt na Ziemi, jest najbardziej złożoną postacią. Pojawiają się w nim typowo ludzkie uczucia, których często brak jego rodzeństwu, cechuje go pewna niechęć do intryg, w których lubuje się cały klan Amberytów, ma również wiele rozterek moralnych. Ponad to nie przypomina on wszechwiedzących i idealnych bohaterów fantasy, ma liczne wady i sporo słabości. Moim zdaniem Corwin został wykreowany wręcz wzorcowo!

Roger Zelazny w Kronikach Amberu okazał się mistrzem łączenia gatunków. W opowieściach o losach Corwina znajdziemy kryminał, fantasy, nieco science fiction, elementy powieści obyczajowej, brawurowe sceny walk, ale i wywody filozoficzne, słowem kompletny misz-masz gatunkowy. Co najważniejsze, przejścia pomiędzy tymi elementami są wręcz niezauważalne. Książkę czyta się więc z rosnącą fascynacją i nie sposób się od niej oderwać. Zawiłość fabuły sprawia, że nigdy nie można być pewnym czy dane rozwiązanie poszczególnych wątków okaże się ostateczne, dlatego też książka trzyma w napięciu dosłownie do ostatniej strony.

Zelazny nieustannie zaskakuje, intryguje i wciąga coraz głębiej w tę barwną, pełną przygód opowieść. Ja dałam się porwać i oczarować, pomimo faktu, iż część tych historii już kiedyś czytałam. Powieść uważam za jedną z najlepszych w historii fantastyki, myślę więc, że usatysfakcjonuje ona nawet najbardziej wymagających i dojrzałych czytelników.

Jedyną wadą obecnego wydania pozostaje dla mnie okropnie kiczowata okładka. Wiem jednak, że starych czytelników, którym nazwisko Zelaznego nie jest obce, nawet ona nie zniechęci. Oby nie odrzuciła nowych!

Podsumowując – jeśli szukacie powieści dowcipnej i mądrej, porywającej i zmuszającej do refleksji, brawurowej, monumentalnej, wzruszającej i wciągającej, a do tego fantastycznej - musicie sięgnąć po Kroniki Amberu. Ja z niecierpliwością czekam na tom drugi!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...