Mam wrażenie, że literatura czeska nie jest w Polsce zbyt popularna. A ja kocham Pragę, ubóstwiam Czechów i tylko kwestią czasu było zaznajomienie się z ich literaturą. W zeszłym roku przeprowadziłam mały rekonesans wśród praskich znajomych, z grubsza opisałam jaka literatura mnie interesuje i, w zasadzie jednogłośnie, wskazano mi Milosza Urbana, jednego z najsłynniejszych pisarzy literatury czeskiej, którą trudno zaliczyć do mainstreemu. Po powrocie z Pragi do Poznania od razu zabrałam się za szukanie w księgarniach książek wyżej wskazanego, nic nie znalazłam. Minęło może pół roku i oto zupełnie przypadkiem, w jednej z tanich księgarni w Poznaniu znalazłam za bezcen dwie jego książki (nie jestem pewna, czy to aby nie jedyne, jakie u nas wydano). Kupiłam. A następnie minęło kolejne pół roku. Pół roku, podczas którego ani razu nie pomyślałam o leżących gdzieś na wyższej półce książkach. Olśniło mnie niedawno, podczas grilla, na którym przyjaciel czechofil radośnie oznajmił, że Milosz Urban jest na facebooku i mogę mu wysłać zaproszenie. Mi było wstyd wysyłać przed lekturą, więc jeszcze tej samej nocy sięgnęłam po Klątwę siedmiu kościołów. A później od razu wysłałam zaproszenie do Autora.
Wybaczcie ten przydługi wstęp, nie pisałam już prawie rok, potrzebuję rozgrzewki.
Do meritum.
Co zachwyca? (Bo zachwyca)
Przede wszystkim absolutnie urzekające opisy magicznej Pragi. Pragi jakiej nie znam (mam nadzieję, że jeszcze), Pragi bez tłumów turystów, Pragi poza ścisłym centrum. Mam ochotę zabrać tę książkę na kolejną wyprawę i to właśnie z nią pozwiedzać miejsca, o których niewiele wiem. Wydawnictwo Prószyński powinno dodać dużą ilość klimatycznych rycin albo zdjęć w sepii, które ukazałyby monumentalny charakter opisywanych świątyń, oddały jesienno-deszczowy obraz jednego z najpiękniejszych (i nie jest to mam nadzieję tylko moje zdanie!) miasta świata. Ale rycin nie ma. Nie ukrywam więc, że pierwsze co zrobiłam po lekturze to skorzystanie z wyszukiwarki, po to, by móc zobaczyć każdy z występujących w powieści kościołów.
Po drugie pomysł i forma. Powieść jest dość leniwa, ale dzięki temu bardzo klimatyczna. Główną jej osią jest seria bardzo teatralnych, by nie rzec groteskowych, morderstw w praskich kościołach i oczywiście śledztwo, które ma na celu znalezienie winnego. Nieoczekiwanie wplątany zostaje w to nasz główny bohater. Bohater o śmiesznym imieniu, którego się wstydzi, bohater-antybohater, były policjant, podobno najgorszy z możliwych. Romantyk.
I zakończenie. Totalnie zaskakujące, szalone, nielogiczne. I złe, a jednak dobre. Jednym słowem magia.
Co może się nie spodobać?
Brak szybkiej akcji, do której coraz częściej jesteśmy przyzwyczajeni. I brawury. I sposób wydania. O tak, najbardziej sposób wydania. Tani, by nie rzec tandetny. Fatalna, niekorespondująca z treścią okładka. I, mam nadzieję, nic więcej.
Jeśli kochacie Pragę, klimat powieści gotyckiej we współczesnej interpretacji i jednorożce (!!!) to myślę, że nie macie wyboru.
No i witam po przerwie!
piątek, 24 sierpnia 2012
Klątwa siedmiu kościołów, Milosz Urban
wtorek, 23 sierpnia 2011
Przebudzeni, Chris Wooding
Uwielbiam serial Firefly i ciągle strasznie mi żal, że nie miał na tyle dużej oglądalności, by twórcy mogli chociaż dokończyć pierwszy sezon. To wspaniała historia o kowbojach w kosmosie – drobnych przemytnikach, którzy co rusz wpadają w kłopoty. To plejada rewelacyjnych bohaterów. To wspaniale skonstruowany świat, w którym sama chciałabym się znaleźć. Dlaczego jednak wspominam o tym fantastycznym serialu przy okazji recenzji świeżo wydanej książki Przebudzeni Chrisa Woodinga? Ano dlatego, że być może wreszcie znalazłam coś na otarcie łez.
Od pierwszych stron powieści poczułam klimat, który tak bardzo spodobał mi się w Firefly. Od samego początku główni bohaterowie siedzą po uszy w… kłopotach i tylko dzięki brawurze graniczącej z głupotą udaje im się z nich jakoś wyplątać. Dalej jest, no cóż, już tylko gorzej. A dla czytelnika lepiej.
Załogę statku powietrznego Ketty Jay tworzy interesująca banda ludzi z przeszłością. Każdy z nich skrywa jakąś tajemnicę i z różnych powodów przywiązuje się do statku i jego lekkomyślnego kapitana Dariana Freya. Niby nie jest to grupa przyjaciół, bo który prawdziwy twardziel przyznałby się do takich uczuć, ale coś trzyma ich razem i sprawia, że ładują się w dość tajemnicze zlecenie. Które, rzecz jasna, nie może się dobrze skończyć. Ci powietrzni piraci nie są żadnymi grubymi rybami, ot takie płotki, parające się jakimś drobnym przemytem, przewozem ludzi do miejsc, o których niekoniecznie mówi się głośno, różnymi szwindlami, na których można zarobić parę groszy. Dlaczego więc drużyna, jakich wiele, staje się nagle celem numer jeden, poszukiwanym przez doborowe jednostki Arcyksięcia, fregatę Marynarki Koalicji oraz przez pewną bardzo skuteczną, intrygującą i siejącą ogólną zgrozę łowczynię nagród? Warto samemu się dowiedzieć!
Mamy do czynienia z typową powieścią przygodową, z galopującą akcją i kilkoma zaskakującymi zawirowaniami. Jeśli spojrzymy na nią pod kątem science fiction, to zdecydowanie jest to wersja lekka i przystępna. Reklamowana jest jako „Piraci z Karaibów w kosmicznej space operze” i to chyba faktycznie najbardziej trafny opis. Sporo tu więc kosmicznych starć, brawurowych ucieczek, strzelanin i konfrontacji. Dodatkowo akcję przyspiesza świetny język, nieraz nieco rubaszny – w końcu 99% bohaterów to mężczyźni. A i jedyna kobieta na pokładzie jest całkiem twardą sztuką. W powieści znalazłam kilkanaście cytatów, które na dłużej zapadną mi w pamięć, jednak do ulubionych trafił ten: „W społeczeństwie, w którym prym wiedli mężczyźni, posiadanie statku o zgrabnej sylwetce w najlepszym razie było pozbawione sensu, w najgorszym – mogło być dowodem homoseksualizmu. A to oznaczało ciężkie przestępstwo, bo sodomię w tych stronach karano śmiercią. W rezultacie wszystkie konstrukcje Yortów sugerowały, że ich właściciel jest tak męski, że kobieta potrzebowałaby pancernych jajników, by przeżyć z nim noc.”
Czego najbardziej brakuje mi w tej przesympatycznej powieści? Zdecydowanie większego rozbudowania i opisania świata. Z krótkiego rysu historycznego wynika, że akcja powieści rozgrywa się po potężnej wojnie w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jak dla mnie to trochę mało. Przydałoby się jeszcze więcej opisów poszczególnych lokalizacji, nie mówiąc już o pirackiej Mekce, którą bardzo trudno mi sobie wyobrazić. Zdaję sobie sprawę, że szybka akcja, sporo inteligentnych dialogów i właśnie brak rozbudowanych opisów dla wielu czytelników mogą stać się dużym plusem powieści, ja jednak uwielbiam mięsiste opisy, dzięki którym mogę sobie zwizualizować świat przedstawiony. Kto wie, może autor nadrobi to w kolejnym tomie przygód kapitana Freya i jego barwnej załogi. Mam nadzieję, gdyż prawdą jest, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bardzo liczę również na rozwinięcie wątków związanych z zaklinaniem demonów i ogólnie demoniczną nauką, która szalenie mnie zaintrygowała.
Do kogo adresowana jest ta nominowana do Arthur C. Clarke Award powieść? Myślę, że do całkiem sporej grupy czytelników – od żądnej przygód młodzieży do starszych, bardziej wyrobionych czytelników, szukających przyjemnej rozrywki. Raczej nie trafi w gusta wielbicieli hard science fiction, chyba, że nie będą przywiązywać wagi do braku fachowej terminologii czy naukowych fundamentów tego świata. Myślę, że trzeba potraktować lekturę w kategoriach barwnej rozrywki i jako taka sprawdza się wyśmienicie.
Jeśli więc ciekawi Was jak mogą wyglądać kosmiczni piraci, co łączy mrukliwego kapitana z żądną krwi łowczynią nagród oraz kim właściwie są tytułowi Przebudzeni, bez wahania sięgnijcie po tę pełną przygód powieść. Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie.
Recenzja napisana została dla portalu Fantasta.
wtorek, 26 lipca 2011
W północ się odzieję, Terry Pratchett

Dla nikogo nie jest już chyba tajemnicą fakt, że Terry Pratchett należy do grona moich ulubionych pisarzy. Nie wszyscy wiedzą jednak, iż moją ulubioną serią Świata Dysku jest cykl o czarownicach. Ku mojej wielkiej radości w najnowszej powieści W północ się odzieję występują właśnie czarownice. Mnóstwo czarownic! Mamy do czynienia nawet z całkiem niezłym polowaniem na czarownice. Czy może być lepiej?
Choć książka, o której mam przyjemność pisać jest już kolejną w cyklu o Tiffany Obolałej (w poprzednim tłumaczeniu była to Akwilia Dokuczliwa), to jednak ja zdecydowałam się na swego rodzaju eksperyment i sięgnęłam po nią bez znajomości poprzedniczek. I od razu zapewniam – nie stanowi to żadnego problemu, jak zawsze zresztą w przypadku każdej serii Pratchetta. Być może ominęło mnie nieco smaczków dotyczących odniesień do wcześniejszych perypetii młodziutkiej czarownicy, jednak przyjemność płynąca z lektury nie została niczym zakłócona. Nie spodziewałam się, żeby tym razem miało być inaczej – powieści Pratchetta możemy czytać naprzemiennie, możemy zacząć od ostatnich czy wybierać jedynie interesujące nas tytuły. Kolejność jest tu najmniej istotna, liczy się fantastyczny humor i barwne przygody całej plejady bohaterów.
Terry Pratchett ma niesamowity talent do tworzenia opowieści z pozoru znanych a nawet oklepanych. Ile bowiem było już książek o czarownicach czy wiedźmach, ile razy czytaliśmy czy słyszeliśmy o złych siłach, w ilu historiach występowały krasnoludki? W powieści W północ się odzieję to wszystko oczywiście jest! Jest czarownica, wspomniana już Tiffany Obolała, żyjąca w spokojnej krainie Kreda, są Nac Mac Feeglowie – lud ciut ludzi skorych do psot, lecz w gruncie rzeczy pomocnych i przyjacielskich. Jest wreszcie mroczna siła, która odradza się po długim okresie uśpienia i która sprawia, że nastanie czas polowania na złą wiedźmę (która, jak sami przecież wiecie, nie jest przecież taka zła). Choć z pozoru takie rozwiązanie autora może wyglądać jak zarzut, na pewno nim nie jest. Pratchett wrzuca do wora całą gamę znanych motywów i kilku archetypicznych bohaterów, miesza i tworzy z tego zupełnie nową jakość. W tym przypadku przesympatyczną, momentami odrobinę mroczną, lecz przede wszystkim przezabawną powieść, która przykuwa do fotela i powoduje niekontrolowane wybuchy śmiechu.
Za co cenię sobie twórczość Terry`ego Pratchetta? Przede wszystkim za drobiazgi, którymi naszpikowane są jego powieści. Tym razem były to takie smaczki, jak choćby teoria gumowych strun czy dość istotna dla fabuły książka Stos na czarownice. Niby nic, a jednak napotykając na takie mrugnięcia okiem od autora nie sposób nie docenić jego inwencji i błyskotliwości. Imponuje mi również, że obok tematów błahych, jakimi – nie czarujmy się – są często przygody opisywane w jego powieściach, Pratchett potrafi wspomnieć o sprawach poważnych, czasem nieprzyjemnych, smutnych. Taki wątek znalazł się w powieści W północ się odzieję i dość szeroko opisany został w rozdziale Kocia muzyka. Bardzo sobie cenie pogodne i optymistyczne spojrzenie autora na świat, cieszę się jednak, że nie zupełnie ten świat idealizuje i dotyka również tej mroczniejszej strony ludzkiej natury. Lubię również kreowanych przez niego bohaterów, tym razem mam jednak drobną uwagę. Tiffany dorasta wraz z rozwijaniem się cyklu. W recenzowanej przeze mnie powieści ma lat szesnaście, jest jednak dojrzała i świadoma, jakby miała ich trzydzieści. I ja rozumiem, że jest czarownicą, rozumiem, że ma to jakieś swoje uzasadnienie, jednak dla mnie to proste wytłumaczenie jest wysoce niesatysfakcjonujące, przez co sama bohaterka straciła nieco na swej wiarygodności. Co nie zmienia faktu, że bardzo ją polubiłam i książkę uważam za bardzo udaną.
Choć cykl o Tiffany Obolałej stanowić ma nieco inną serię niż znany i lubiany cykl o wiedźmach, to jednak nie obeszło się bez doskonale nam znanych bohaterek – niani Ogg i babci Weatherwax. Okazało się to fantastycznym rozwiązaniem, bo dialogi czarownic od zawsze uważałam za prawdziwe majstersztyki. Również tutaj udały się wyśmienicie i są jedną z najmocniejszych stron powieści. Poza nimi poznamy jeszcze kilka innych przedstawicielek tego szlachetnego zawodu, możecie więc spodziewać się absolutnie wszystkiego.
Najmocniejszą chyba stroną Pratchetta jest po prostu jego styl, rewelacyjnie oddany przez tłumacza. Czasem odnoszę wrażenie, że mógłby pisać historie o marchewkach, a ja i tak czytałabym to z prawdziwą przyjemnością. Wiele fragmentów W północ się odzieję mogłoby być samodzielnymi cytatami, cechuje je bowiem wielka trafność i polot. Pratchett jest mistrzem w zabawie językiem, w związku z czym sama fabuła schodzi często na drugi, a nawet trzeci plan. Być może ma to swoje zalety – pierwsze, dobre wrażenie maskuje bowiem drobne braki w dość schematycznej fabule.
Fani twórczości Pratchetta bez wątpienia zapoznają się i z tą powieścią, więc najprawdopodobniej nie muszę ich do tego namawiać. Tych, którzy autora jeszcze nie znają zachęcam z całego serca do sięgnięcia po cykl o Tiffany Obolałej. Nie jest to na pewno najlepsza seria Świata Dysku, ale stanowi całkiem dobrą pozycje na liście książek wartych przeczytania. Zwłaszcza w wakacje!
Recenzja napisana została dla portalu FANTASTA.
wtorek, 17 maja 2011
Nocny Burmistrz, Kate Griffin

Matthew Swift powraca i musi ocalić Londyn. Nie jest tym faktem szczególnie zachwycony, zwłaszcza, że co krok ktoś próbuje go zabić, no i chodzi w nie swoich butach. Kiedy jednak zdychają kruki w Tower, zniszczeniu ulega Londyński Kamień, a na Londyńskim Murze pojawia się dziwne graffiti, innymi słowy kiedy jedna po drugiej padają wszelkie magiczne zapory chroniące miasto, ktoś musi stanąć na wysokości zadania. I nie powinien przeszkodzić mu paniczny strach przed człowiekiem w garniturze w prążki, który bez jednego dotknięcia pociął skórę ostatniego Nocnego Burmistrza w drobne, krwawe paseczki.
Kate Griffin szybko podbiła moje serce Szaleństwem Aniołów, fantastyczną powieścią osadzoną głęboko w realiach urban fantasy. Z niecierpliwością czekałam na kontynuację tej wybornej lektury i na samym wstępie mogę zaznaczyć, że poza kilkoma drobiazgami nie rozczarowałam się. Konstrukcja Nocnego Burmistrza nawiązuje do pierwszego tomu przygód miejskiego czarownika. Matthew Swift budzi się w dziwnych okolicznościach, ostatnim faktem, jaki pamięta jest odebrany telefon i mrok. Po raz kolejny jego życie jest zagrożone i nie do końca rozumie jaka jest jego rola w tym dziwnym scenariuszu. Choć zabieg ten nie powoduje już takiego zaskoczenia i ciekawości u czytelnika, jak w przypadku części pierwszej, to jednak mi osobiście naprawdę się spodobał. Traktuję to jako odwołanie do początku przygód naszego bohatera, swego rodzaju mrugnięcie okiem: Znacie to? Więc posłuchajcie… Bo dalsze dzieje Swifta to już zupełnie inna bajka.
Choć z wizją miejskiej magii zapoznaliśmy się już bardzo dobrze w ramach poprzedniej części serii, to nadal robi ona niesamowite wrażenie. Pomysł, aby wypływała ona z serca miasta uważam za jeden z najlepszych w literaturze fantastycznej, miałam jednak nadzieję, iż zostanie on nieco bardziej rozbudowany i czymś jeszcze nas zaskoczy. Niestety mamy do czynienia przede wszystkim z powieleniem starych rozwiązań. Jest to mała wada książki, związana być może z moimi ogromnymi oczekiwaniami. Wada na tyle nieznaczna, że absolutnie nie zepsuła mi przyjemności płynącej z lektury.
Książkę czyta się bardzo szybko. Nie brakuje tu galopującej akcji, zaskakujących rozwiązań i świetnych dialogów, które fantastycznie napędzają całą fabułę. Bardzo podoba mi się styl Kate Griffin – jest dowcipny, czasem cyniczny i ironiczny, bardzo plastyczny. Wciągają rewelacyjne opisy, sympatię wzbudzają różnorodni bohaterowie, nadal ciekawi dwoistość narracji. I choć sama akcja zdaje się być nieco spokojniejsza niż ta w Szaleństwie Aniołów, to wynagradza ją naprawdę rewelacyjne zakończenie. Pytanie tylko z czym będzie się musiał zmierzyć miejski czarnoksiężnik w kolejnym tomie? Trudno mi wyobrazić sobie coś bardziej spektakularnego, niż walka o uratowanie Londynu. No ale może autorka stanie na wysokości zadania i zafunduje nam coś jeszcze bardziej emocjonującego?
Wraz z kolejnym tomem postać głównego bohatera podoba mi się coraz bardziej. Matthew Swift przede wszystkim nie jest typowym bohaterem heroicznym, który z każdej opresji wychodzi cało a do tego ma kryształowe serce i wiecznie lśniącą zbroję. To człowiek, który czasem się boi, który nie chce bezsensownie się poświęcać, bywa zmęczony, cierpi. I zaklina widma w butelki po piwie.
Podobnie jak tom pierwszy Nocny Burmistrz to bardzo dobre urban fantasy z elementami mrocznego kryminału. Nie ukrywam, że jestem fanką takiego gatunku, więc lektura sprawiła mi wielką przyjemność. Dodatkowym atutem okazała się spora gama niesamowitych pomysłów, zgrabnie wplecionych w fabułę. Jednym z moich ulubionych zabiegów zastosowanych w książce jest zabawa z doskonale znanym archetypem czarownic. Czarnoksiężnik spotyka na swej drodze trzy kobiety, które w wielkim kotle… gotują herbatę. I nagle określenie „Dziewica, Matka i Starucha” nie chce jakoś przejść przez gardło na określenie tych współczesnych, miejskich wiedźm. Zainteresowała mnie również Czarna Taksówka, jej nietypowy kierowca i jeszcze bardziej nietypowa forma zapłaty za kurs. Takich perełek jest w powieści więcej!
Nocny Burmistrz to godna kontynuacja Szaleństwa Aniołów. Nie unika niestety pułapek cyklu – największy żal mam do autorki za to, że nie zagłębiła się jeszcze bardziej w kreację świata przedstawionego oraz nie przybliżyła nam mechanizmów rządzących magią. Z drugiej jednak strony uważam, że nadal jest to wyśmienita lektura dla bardzo różnych czytelników. Nie polecałabym sięgania po nią bez znajomości części pierwszej. Niby prezentuje zupełnie inną historię, niby starych bohaterów możemy poznać od nowa, jednak trudno zrozumieć istotę Matthew Swifta i jego losy bez znajomości wcześniejszych perypetii. Zresztą pomijając Szaleństwo Aniołów pozbawilibyście się wielkiej przyjemności – jest to książka, która zapiera dech w piersiach. Myślę, że Nocny Burmistrz nie oszałamia aż tak bardzo czytelnika wizją świata, bo tą już znamy, nie posiada też tak zwariowanej fabuły jak Szaleństwo Aniołów, jest jednak jej godną kontynuacją a przy tym naprawdę dobrze napisaną powieścią, która pozostawia po sobie uczucie satysfakcji z porządnej lektury. Z przyjemnością sięgnę po kolejny tom.
Recenzja napisana dla portalu FANTASTA.
czwartek, 28 kwietnia 2011
Bezduszna, Gail Carriger

Jaka powinna być porządna dama żyjąca w Londynie w epoce wiktoriańskiej? Koniecznie blada, zamężna, delikatna, powściągliwa i zdecydowanie z… duszą. Alexia Tarabotti nie posiada ani jednej z wyżej wymienionych cech. Ma za to iście włoski temperament (to sprawa dość wstydliwa), mocno zarysowany nos (to takie niemodne!) oraz śmiercionośną parasolkę, którą posługuje się zabójczo skutecznie. I choć dla większości londyńskiej society wszystko to jest w bardzo złym guście, szaleje za nią pewien nieziemsko przystojny… wilkołak. Wilkołak alfa.
Jeśli na wspomnienie o istotach nadprzyrodzonych lekko się wzdrygnęliście, spieszę donieść, iż poza całą plejadą charakternych wilkołaków spotkamy również sporo interesujących wampirów. I nie, nie jest to żaden typowy paranormal romance, od którego bolą zęby. Od powieści Bezduszna bolą mięśnie brzucha. Niekontrolowane wybuchy śmiechu gwarantowane.
Gail Carriger stworzyła nietuzinkową, uroczą i bardzo przyjemną w odbiorze powieść. Znajdziemy tu zagadkę kryminalną, nutkę grozy, powieść humorystyczną, kilka gadżetów charakterystycznych dla steam punka oraz naprawdę sympatyczny romans (są nawet „sceny”, ale kompletnie pozbawione niezręczności czy infantylności). Dodatkowym atutem są fantastyczne, drobiazgowe opisy – ciasta z kajmakiem i wielu innych smakowitych dań, elementów XIX-wiecznych strojów i pomieszczeń, zwyczajów i fobii angielskiej klasy wyższej. Wspaniale ubarwia to fabułę, skupioną na śledztwie dotyczącym dziwnych wydarzeń. Otóż w tajemniczych okolicznościach znikają wampiry i samotne wilkołaki. Jeszcze dziwniejszy okazuje się fakt, że w najróżniejszych miejscach pojawiają się nowe, całkowicie nieobeznanie z realiami, zagubione i nieprzewidywalne istoty. Ktoś musi rozwikłać tę zagadkę. Całość czyta się naprawdę dobrze, widać, że autorka ma niezłą frajdę z pisania i ubóstwia swoich bohaterów. A jak kocha ich twórca, to i czytelnik musi mieć podobne uczucia.
Obdarzeni ogromną indywidualnością, dopracowani oraz przesympatyczni bohaterowie są bez wątpienia jedną z największych zalet powieści. Prym wiedzie oczywiście tytułowa bezduszna, czyli Alexia, gadatliwa, zadziora, inteligentna i ciekawa świata dwudziestopięcioletnia stara panna o nieco egzotycznej urodzie. Uwielbiam jej komentarze, zachowanie, przemyślenia oraz fakt, że absolutnie nie pasuje do epoki, w której żyje. Jej dialogi z lordem Macconem to prawdziwe majstersztyki. Zresztą i on jest szalenie interesujący. Męski, zwierzęcy, dość szorstki, a jednocześnie pocieszny szef londyńskich wilkołaków oraz kierownik BUR-u (agencji zajmującej się sprawami istot nadprzyrodzonych) szybko przykuwa naszą uwagę. Asystuje mu przemiły i dyskretny profesor Lyall, który często studzi emocje wybuchowego alfy. Uwielbiam również jednego z wampirów – lorda Akeldamę, samotnika mającego słabość do różnych modnych fatałaszków, obdarzonego wysublimowanym gustem i nienagannymi manierami wspaniałego przyjaciela naszej bohaterki. Na uwagę zasługuje również wybitnie irytująca rodzina Alexii, na czele z matką, barwną dewotką, która naprawdę zachodzi za skórę czytelnikowi, rozkapryszonymi siostrami i zagubionym ojczymem.
Powieść Bezduszna to prawdziwa perełka dla wielbicieli istot nadprzyrodzonych. Powieść świeża, pełna akcji i fantastycznego humoru, ciętych ripost i barwnych opisów. Gail Carriger obdarzona została lekkim piórem, świetnym stylem i chyba nieograniczoną wyobraźnią. Książkę charakteryzuje również duży dystans do współczesnej kultury. Jej lektura powinna zająć nam kilka niezwykle przyjemnych chwil, najlepiej podczas delektowania się wspaniałą, angielską herbatą, do której słabość ma sama Carriger.
Choć jest to czytadło, to jednak czytadło na naprawdę wysokim poziomie. Polecam wszystkim wielbicielom wampirów i wilkołaków, fanom powieści kryminalnej, pasjonatom epoki wiktoriańskiej i mody tego okresu, wszystkim, którzy doceniają subtelny humor i lekki dreszczyk emocji. Bardziej dziewczynom, niż chłopakom. Chociaż kto wie? Może Bezduszna oczaruje i ich?
Recenzja napisana dla portalu FANTASTA.
środa, 13 kwietnia 2011
Nova swing, M. John Harrison

Boję się science fiction. Boję się, że moja bardzo ograniczona wiedza z zakresu nauk ścisłych nie pozwoli mi zrozumieć powieści, świata przedstawionego czy pewnych fundamentalnych założeń. Postanowiłam jednak przezwyciężyć swój strach sięgając po niektóre pozycje z serii, która już dziś zasługuje na miano kultowej. Chodzi oczywiście o Ucztę Wyobraźni wydawnictwa MAG, słynącą z wymagających tytułów, gromadzącą światowej sławy autorów.
Do lektury Nova Swing, najnowszej powieści M. Johna Harrisona podeszłam z pewną obawą i nieśmiałością, jednak szybko przekonałam się, że warstwa naukowa jest tu na tyle przystępna, że, przynajmniej w moim odczuciu, nie powinna sprawiać trudności laikom takim jak ja. Fizyka została tak głęboko wtłoczona w fundamenty świata, że jest już czymś naturalnym, na czym nie trzeba się skupiać. Lektura powieści okazała się interesującym eksperymentem, który pozostawił mnie jednak z dość mieszanymi uczuciami.
Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie o czym jest ta książka, to miałabym nie lada kłopot. Najbliższym prawdy stwierdzeniem byłoby chyba, że o ludziach, ich marzeniach, niespełnieniu i samotności. I poszukiwaniu siebie, co, być może dość złudnie, oferuje wycieczka do zakazanej strefy Saudade, nieprzewidywalnej i tajemniczej rzeczywistości, w której zawodzą prawa fizyki i która ulega chaotycznym przekształceniom. Nie trudno się domyślić, iż zapuszczenie się zbyt głęboko w tę dziwną przestrzeń grozi poważnymi konsekwencjami. Nie zniechęca to jednak śmiałków – przemytników, przewodników i turystów, którzy za taką podróż są w stanie wiele zapłacić. I nie chodzi tu tylko o pieniądze.
Moją uwagę przykuły relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Relacje oszczędne, sprawiające wrażenie pustych, niepogłębionych. Jakby każdy z nich był w kosmosie zupełnie sam. Jakby nie potrafili się przyznać, że chcą się do kogoś przywiązać, być z kimś naprawdę blisko. Świadczą o tym skrótowe dialogi, często dotyczące błahych spraw. Cechuje ich również wielka tęsknota za czymś nieokreślonym, miotają się w teraźniejszości. Sceny erotyczne przypominają bardziej pierwotne odruchy, pozbawione jakiejkolwiek głębi, stanowią swego rodzaju produkt zastępczy wobec braku więzi. Przy tak skąpo zarysowanych emocjach drobne sceny ujawniające prawdziwe uczucia bohaterów stają się wręcz rozdzierające. Robi to naprawdę niesamowite wrażenie.
Choć akcja powieści rozgrywa się w mocno futurystycznej rzeczywistości, w której na porządku dziennym są genetyczne modyfikacje, kwitnie handel nowymi, doskonałymi ciałami, pojawia się sporo technologicznych gadżetów, to jednak autor prezentuje wyjątkowy sentyment do kultury naszych czasów. Mamy więc kluby w stylu retro, nawiązania do starych filmów (np. Rzymskie wakacje) czy muzyki (ach to tango!), detektyw ścigający Vica Serotonina jeździ cadillakiem z lat pięćdziesiątych, mimo że jego asystentka ma wbudowaną taką ilość udoskonaleń, że w mgnieniu oka może rozbroić tuzin przeciwników. Trudno mi powiedzieć z czego wynikają te drobiazgi, ale na pewno ubarwiają ten dziwny, bardzo nowoczesny świat.
Dlaczego więc we wstępie zaznaczyłam, iż po zakończeniu lektury towarzyszyły mi mieszane uczucia? Przede wszystkim dlatego, że książka pozostawia tak wiele możliwości interpretacji, iż mam poważne wątpliwości, czy w ogóle ją zrozumiałam. Być może moje dywagacje są kompletnie nietrafione, być może nie uchwyciłam tego, o co chodziło autorowi? Nie znam jego wcześniejszej twórczości, nie jestem w stanie wyłapać aluzji i nawiązań do wydanego nie tak dawno Światła, zapewne wiele smaczków pozostało przede mną ukrytych. Ponadto w powieści trudno w ogóle mówić o warstwie fabularnej. Akcja sączy się leniwie, mamy mnóstwo niedomówień, wiele zależy od naszej wyobraźni i właśnie interpretacji. Utwór przypomina więc bardziej traktat filozoficzny niż powieść. Choć i to określenie nie do końca oddaje jego istotę.
Drugim zjawiskiem, które mnie zastanawia, to niekiedy zaskakujące i szokujące zbitki słów. W pierwszym odruchu miałam wrażenie, że są oszałamiające, po chwili namysłu zaś głowiłam się nad tym, czy aby autor sobie ze mną nie pogrywa, tworząc na pozór mięsiste zdania, które okazują się jedynie wydmuszkami. Nadal nie umiem rozstrzygnąć, która z tych opcji jest prawdziwa.
Nova Swing jest na pewno jedną z bardziej oryginalnych książek, jaką miałam okazję przeczytać. Biorąc pod uwagę ilość wątpliwości, jakie we mnie wzbudza oraz fakt, że nadal siedzi w mojej głowie, stwierdzam, że warto było po nią sięgnąć. Nie umiem jej jednak polecić z czystym sumieniem, zwłaszcza że nie mając ku temu najmniejszych kompetencji, nie byłam w stanie bardziej wnikliwie ocenić warstwy science. A to przecież jeden z ważniejszych aspektów książek tego typu. Jeśli jednak nie boicie się wyzwań z pewnością powinniście zmierzyć się i z tą pozycją.
Recenzja napisana została dla portalu FANTASTA.
niedziela, 27 marca 2011
Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie, Terry Pratchett

Jestem fanatyczną wielbicielką twórczości Pratchetta. Nałogowo czytam i kolekcjonuję wszystko, co wyjdzie spod jego pióra. Wśród mojej pokaźnej kolekcji znajdują się jedynie pozycje tłumaczone przez Piotra W. Cholewę, którego uważam za absolutnego mistrza pióra. Jest to dla mnie człowiek, który jak nikt inny rozumie specyficzny humor Pratchetta, a także sam ma niesamowitą fantazję i talent do tworzenia wspaniałych przekładów. Dlaczego nie ufam nikomu innemu? Z prostej przyczyny – zraziłam się, gdy przy okazji czytania jakiejś książki przy jednym czy drugim żarcie pojawiła się informacja o nieprzetłumaczalnej grze słów. To naprawdę potrafi zepsuć wszystko! Dla Piotra Cholewy nie ma jednak rzeczy niemożliwych i okazuje się, że nasz piękny język również nadaje się do różnego rodzaju gier słownych i chyba z każdej językowej opresji da się wyjść triumfując. Zdaję sobie sprawę, że fakt, iż Pratchett bawi mnie do łez, to w dużej mierze właśnie zasługa tłumacza. Ale do meritum! Gdy tylko okazało się, że ma się pojawić nowe wydanie kilku powieści mojego ukochanego autora w nowym przekładzie mojego ukochanego tłumacza, wiedziałam po pierwsze, że muszę te książki zdobyć, a po drugie, że będę zachwycona lekturą. I tak oczywiście się stało.
Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie teoretycznie należą do Świata Dysku. Teoretycznie, bowiem nie do końca możemy tę przynależność odczuć podczas lektury. Brakuje pewnych stałych elementów topografii, kluczowych postaci, które zazwyczaj kojarzymy z dyskowym klimatem. Ot, baśniowa historia, która mogłaby się rozegrać absolutnie wszędzie. Nie jest to jednak zarzut, co to, to nie! Czasem dobrze jest odetchnąć od tego co znamy i poznać coś zupełnie innego. Powieść o myślącym, sprytnym kocie, grupie inteligentnych, mających problemy egzystencjalne szczurach i głupawym z wyglądu chłopaku zauroczyła mnie od pierwszych stron. Choć sprawia wrażenie lekkiej bajeczki dla dzieci, solidnie opartej na znanym motywie szczurzego grajka, to w rzeczywistości chodzi, jak zawsze, o coś więcej.
Fabuła powieści jest bardzo prosta, ale i urzekająca. Maurycy, bardzo cyniczny, inteligentny kocur, który pewnego dnia obudził się, i stwierdził, że nie dość, że myśli, to jeszcze mówi, ma patent na zarobienie fortuny. Wystarczy zaangażować grupę gryzoni, które po zjedzeniu resztek z Niewidocznego Uniwersytetu stały się nagle bardzo edukowane, dołożyć do tego utalentowanego, lecz niepozornego grajka i ruszyć od miasteczka, do miasteczka z numerem popisowym. Przy takim zespole nie trudno wmówić mieszkańcom inwazję szczurów, zasugerować pomoc, zgarnąć okrągłą sumkę za pozbycie się plagi, a na końcu podzielić się zyskiem. Tyle, że u szczurów zaczyna kształtować się coś na kształt kręgosłupa moralnego. No i trafiają w miejsce, zupełnie inne niż dotychczas.
W powieści znajdziemy sporo typowego dla Pratchetta humoru, specyficznie konstruowanych dialogów i refleksji. Tym razem jednak autor wyczarował dość niepokojącą, a miejscami mroczną historię, po której zupełnie inaczej spojrzymy na świat małych szkodników. Przynajmniej ja spojrzałam.
U Pratchetta uwielbiam ciekawie zarysowanych bohaterów. Również w tej powieści poznamy całą gamę interesujących osobowości, od szczurów o barwnych imionach Sardynki, Mielonka, Brzoskwinia, Ciemnybrąz czy Pożywna, obdarzonych ludzkimi charakterami, przez Maurycego, który dla mnie jest czystą esencją kota, choć nie zjada niczego, co mówi, młodego grajka, nie tak głupiego, na jakiego wygląda i Malicię, absolutnie irytującą, pogrążoną w świecie fantazji córkę burmistrza Blintzowych Łaźni. Wszyscy zostaną rzuceni w wir przygód, niebezpieczeństw i knowań, będą musieli zmierzyć się z człowiekiem, którego tak naprawdę niewiele różni od szczura, odnaleźć się w trudnym świecie cywilizacji, rozwiązać jakoś konflikt nowego ze starym i ostatecznie pójść z duchem czasu. Dzięki tym zabiegom lektura powieści jest naprawdę błyskawiczna i przyjemna, a sama książka nie pozostaje jedynie niewymagającym czytadłem.
Warto jednak uprzedzić, że powieść Zadziwiający Maurycy (…) jest inna od pozostałych części cyklu i, choć na pewno nie jest gorsza, to jednak nie do końca oddaje to, czym autor raczy nas niejako na co dzień. Być może z tego względu odradzałabym rozpoczynanie swojej przygody ze Światem Dysku od tej właśnie pozycji. Osobom, którym twórczość Pratchetta nie jest obca, polecam ją z czystym sumieniem. Bez wątpienia docenią lekkość pióra, pomysł i doskonałe wykonanie tej w gruncie rzeczy prostej opowieści, odnajdą specyficzny klimat, trochę się wystraszą i więcej pośmieją. W rankingu moich ulubionych książek Terrego Pratchetta Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie nie znajdzie jednak miejsca na podium. Przy tak ogromnym wyborze, okazuje się, iż Pratchett napisał sporo lepszych książek, z którymi naprawdę trudno konkurować.
Recenzja została napisana dla portalu FANTASTA.
poniedziałek, 7 marca 2011
Demi-Monde. Zima, Rod Rees

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałby świat, w którym spotkałoby się kilku największych zbrodniarzy i psychopatów w dziejach i miało zarządzać potężną społecznością, podzieloną antagonizmami na tle rasowym, religijnym i płciowym? Zdecydowanie nie byłoby to miłe miejsce. Do tego samego wniosku doszli Amerykanie, którzy, aby przeprowadzić jak najbardziej skuteczne szkolenie wojskowe dla swoich żołnierzy, stworzyli niesamowitą, wirtualną rzeczywistość. Demi-Monde to swego rodzaju gra symulacyjna, z tą jednak różnicą, że program potrafi sam się uczyć i rozwijać, przez co staje się symulacją nieprzewidywalną, która w idealny sposób odzwierciedla środowisko wojny asymetrycznej. I to właśnie tu, w prawdziwym piekle, rozgrywa się akcja zadziwiającej powieści Roda Reesa.
Początek lektury sprawił mi pewne trudności. Język, jakim posługuje się autor, naszpikowany został sporą ilością neologizmów, gier słownych i zabawy w najróżniejsze akronimy. Z czasem, kiedy przywykłam do tej maniery, dużo radości sprawiło mi rozszyfrowywanie kolejnych słownych zagadek i aluzji. Drugą potencjalną trudnością jest cała plejada postaci historycznych wrzuconych do jednego kotła: od Iwana Groźnego, przez Joannę D`arc, Henryka Tudora, Robesspiera, Crowleya, po Reinharda Heydricha, Ławrientija Berię i wielu innych. Logiki nie ma w tym żadnej, dlatego im prędzej przejdziemy nad tym faktem do porządku dziennego, tym prędzej zaczniemy czerpać przyjemność z lektury. Oczywiście bez elementarnej wiedzy z zakresu historii lepiej nawet nie podchodzić do tej powieści. Zabawa historią należy do jej największych atutów.
Wykreowany przez Reesa świat jest oszałamiający. Rzeczywistość dzieli się na pięć potężnych sektorów. W chwili, w której wkraczamy w akcję powieści dwa z nich, Slumsy i Rodina, podbite zostają przez Reinharda Heinricha, który, wraz ze swoją prawą ręką, Ławrientijem Berią, tworzy z nich zupełnie nowy, totalitarny twór, CzwaRzeszę. Oparte na bezwzględnym posłuszeństwie, hołdujące czystości rasowej i wyższości rasy aryjskiej państwo, do złudzenia przypomina hitlerowskie Niemcy. Z tą jednak różnicą, iż rozwój cywilizacyjny zakończył się w Demi-Mondzie u schyłku XIX wieku. Nie powinny więc zdziwić nas maszyny parowe i problemy z higieną. Ale to nie wszystko! Smaczku temu miejscu dodają knajpki, w których rozrywki szukają m.in. oficerowie SS ( Szturmowcy Spirytualizmu), utrzymane w typowym, dekadenckim klimacie lat 20-tych. W jednej z nich można nawet spotkać samą Josephine Baker. Brzmi niesamowicie, prawda?
Akcja powieści skupia się na misji ratunkowej, jaką, na zlecenie armii, musi podjąć młoda, czarnoskóra studentka Ella Thomas. A ratować ma nie byle kogo, bo samą córkę prezydenta, przetrzymywaną w wirtualnym świecie, jako zakładniczkę. Możecie być pewni, że misja ta okaże się naprawdę emocjonującą przygodą, pełną pościgów, zwrotów akcji i niespodzianek. Tło tej historii również wgniata w fotel. W Demi-Mondzie wybucha rewolucja, której przebieg oparty został na wymieszanej historii powstania warszawskiego i powstania w getcie warszawskim. Polski akcent został tu naprawdę potężnie zarysowany, a jak miło czytało się o Polakach, którzy walczyli, jak opętani, rzucali się, nie dbając o bezpieczeństwo, o przeżycie (…) jakby śmierć była dla nich czymś obojętnym. Naprawdę warto dać się porwać tej wariackiej historii.
Powieść nie ma wielu słabych punktów. Jeśli przebrniemy przez nieco chaotyczny początek, który przesycony jest mnóstwem informacji i pojęć, to reszta książki trzyma już dobry poziom. Irytują niekiedy przypisy i pseudo-naukowe wstępy, ale dla takiego rozwoju akcji, jaki zafundował nam autor, warto niekiedy przymknąć na nie oko. Zwłaszcza, że niesztampowe, naprawdę zaskakujące zakończenie sprawia, że nie mogę doczekać się kolejnego tomu.
Zdaję sobie sprawę, że powieści o wirtualnych, równoległych rzeczywistościach powstało już mnóstwo. Wiem też, że trudno przebić rozmach Matrixa. Ale dajcie szansę Demi-Monde. To naprawdę dobra powieść, osadzona w interesujących realiach, której zawrotne tempo i bogactwo charakterów sprawiają, że warto poświęcić jej kilka wieczorów. Dużo radości powinna również sprawić wielbicielom II wojny światowej, do których, bez wątpienia zalicza się sam autor. Jeśli interesują Was historie alternatywne, czujecie się swobodnie w podstawowych faktach historycznych, lubicie zwariowane pomysły i gry wojenne – oto powieść dla Was. Obyśmy nie musieli zbyt długo czekać na kontynuację!
Recenzja napisana została dla portalu FANTASTA.
wtorek, 18 stycznia 2011
Słodka jak krew, Petra Neomillner

Jest wredna. Ostra, jak brzytwa, piękna i śmiertelnie niebezpieczna. Koszulka z napisem „wampir” i mocny makijaż, to nie poza. To sens jej istnienia. Tak, jest wampirem. Takim, jak lubię.
Napiszę po raz setny – nie cierpię romantycznych, wzdychających do księżyca wampirów-kochanków, bardziej ludzkich, niż niejeden człowiek. Uwielbiam wampiry, które wywołują ciary na plecach i niepokój, gdy gaśnie światło. Jeśli nie gardzące ludźmi, to jednak traktujące je, jak swego rodzaju ciekawostki, stojące na niższym poziomie cywilizacyjnym. Petra Neomillner idealnie trafiła w moje gusta, tworząc niebanalną, intrygującą postać.
Kocham Pragę i już dawno marzyłam sobie po cichu, żeby przeczytać powieść o wampirach osadzoną w realiach tego wyjątkowo klimatycznego miasta. I proszę. Wraz z Kristiną Salo krążymy mrocznymi, wąskimi uliczkami Pragi, dusimy się nikotynowym dymem w zatłoczonych knajpkach, odurzają nas narkotyki i smród na Dworcu Centralnym. A dookoła grasują bestie. I to prawdziwe bestie, bo wampiry Neomillner przejmują się ludźmi głównie wtedy, kiedy muszą, smak i zapach krwi przyprawia je o doznania silniejsze niż orgazm, są drapieżnikami, które nie zapomniały o swojej naturze. Kristina, choć nieco inna od swych braci, również nie zapomina o mrocznej stronie swojej duszy. Niedokończona przemiana sprawiła, że nasza bohaterka może poruszać się za dnia, czy jeść to, co ludzie (nie żeby sprawiało jej to wielką przyjemność), jednak cały czas instynkty są najważniejsze. Widok ludzkiego mięsa mimowolnie wywołuje odpowiednią reakcję, mężczyźni, których zaprasza do domu potrzebni są jej tak długo, jak może się nimi karmić. Później mogą spadać, pozbawieni wspomnień, dziwnie zamroczeni.
Kristinie towarzyszy cała gama interesujących postaci, od zwykłych ludzi, często głupich, rzadziej fascynujących, przez wampirzą świtę, skłonną do intryg i wojen, do starszyzny, która wcale nie musi być wszechwiedząca i niezastąpiona. Najbardziej ciekawie prezentuje się postać Kaya – wampirzego egzekutora, który pamięta czasy, gdy żonę, która się znudziła, oddawano kumplom, czy po prostu się jej pozbywano. Brutalny i skuteczny, nieco przerażający, a jednak posiadający sporo magnetyzmu, Kay okaże się dobrym partnerem w działaniach Kristiny, która ma ręce pełne roboty.
Słodka jak krew to bezpretensjonalna, prosta w swej wymowie powieść na pograniczu urban fantasy, horroru i kryminału. Cięty humor, ostry, nafaszerowany wulgaryzmami język, zawrotnie szybka akcja, przerywana raz na jakiś czas zgrabnie opisanymi scenami erotycznymi sprawiają, że trudno ją odłożyć na później. To świetne czytadło, bez ambicji do bycia arcydziełem. Obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów wampirów i solidnej literatury sensacyjnej. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnie słowo autorki i możemy spodziewać się kontynuacji.
środa, 12 stycznia 2011
Badyl na katowski wór, Alan Bradley

Sięgnięcie po drugą część jakiegoś cyklu wydawniczego wiąże się dla mnie z silnymi emocjami. Zazwyczaj jestem pełna obaw i wątpliwości, zwłaszcza, jeśli tom pierwszy bardzo mi się podobał. Boję się rozczarowania. Często żałuję, że jednak sięgnęłam po jakąś książkę, która popsuła wrażenia z lektury swych poprzedniczek. Na szczęście tym razem nie spotkała mnie taka przykra niespodzianka. Co więcej, odnoszę wrażenie, iż kontynuacja jest nawet lepsza niż naprawdę dobra pierwsza część przygód Flawii de Luce, więc z czystym sumieniem i prawdziwą przyjemnością zachęcam do zapoznania się z błyskotliwą powieścią Badyl na katowski wór.
Akcja powieści rozgrywa się w doskonale nam znanym, sielskim Bishop`s Lacey oraz w cichej, podupadające siedzibie rodu de Luce – Buckshaw. Autor niesamowicie oddał klimat tych miejsc. Życie biegnie w nich leniwie i spokojnie, mieszkańcy uwielbiają ploteczki, niemal każdy się tu zna i sporo o sobie wie. Jednak miasteczko ma też swoje mroczne tajemnice. Tym razem akcja tego interesującego kryminału kręci się wokół dwóch tajemniczych śmierci, które próbuje wyjaśnić (poza miejscową policją) inteligentna i urocza Flawia, jedenastoletnia fanka różnego rodzaju trucizn.
Powieść jest nieco bardziej mroczna niż poprzednia część, co jest jej wielką zaletą. Pomimo pozornie spokojnego klimatu mamy do czynienia z naprawdę tragicznymi wydarzeniami – na oczach niemal wszystkich mieszkańców miasteczka umiera człowiek, a we wspomnieniach nadal utrzymuje się tragicznie zmarły chłopczyk. A w tym nie ma już nic sielskiego czy nudnego. Opowieść nie jest przy tym przytłaczająca, dzięki temu wrażenia z lektury są niesamowite.
Nadal mamy do czynienia z błyskotliwą, pierwszoosobową narracją, doskonałym humorem (nie rzadko czarnym), rewelacyjnymi dialogami i przemyśleniami głównej bohaterki. Po raz drugi oczarował mnie lekki, wciągający styl autora, który znów zachwycił mnie swoją erudycją. Poza, wtrącanymi mimochodem, ciekawostkami z zakresu chemii czy literatury, pojawia się zdecydowanie więcej nawiązań do historii II wojny światowej, i to z perspektywy przeciętnych ludzi, co jest jeszcze bardziej interesujące. Pomimo sporej wiedzy, przemyconej prze autora, książkę czyta się tak samo lekko, jak Zatrute ciasteczko.
Kolejnym atutem jest malownicza galeria bohaterów – od Flawii, którą jestem gotowa z miejsca zaadoptować, przez kapryśne siostry, zamkniętego w sobie ojca, zwariowaną ciotkę, skrytego Doggera, bardzo różnych mieszkańców miasteczka aż do kapryśnego Ruperta, wszystkie postacie sprawiają wrażenie realnych. Jestem przekonana, że każda z tych osób mogłaby być człowiekiem z sąsiedztwa, wykreowani zostali bowiem w sposób bardzo przekonujący.
Badyl na katowski wór to bardzo dobry kryminał, z ciekawą, nieraz zaskakującą fabułą, fantastycznymi opisami, świetnymi bohaterami i naprawdę dobrym zakończeniem. Lektura powinna sprawić wielką przyjemność całej rodzinie. W każdym razie moja już ustawiła się w kolejce.
Bardzo dziękuję WYDAWNICTWU VESPER za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.
Ogłoszenia techniczne
Z nowym rokiem przyszedł czas na kolejne drobne zmiany. Zdaję sobie sprawę, że recenzje bywają bardzo subiektywne i z nie wszystkimi moimi opiniami musicie się zgadzać, więc postanowiłam dodać do każdego posta mini ankietę. Dzięki jej wynikom inni czytelnicy będą mieli pełniejszy obraz danej książki. Może się okazać, iż ja niespecjalnie zachwalam jakąś pozycję, a z opinii czytelników wynika, że mogę nie mieć racji. Dlatego zachęcam - głosujcie w ankietach, zajmuje to naprawdę mało czasu, a może okazać się pomocne dla innych.
Na dniach pojawią się również nowe tagi, dotyczące oceny książek, aby łatwiej było wyszukać te, które generalnie uważam za wartościowe lub te, na które, moim zdaniem, szkoda czasu. Chwilowo się mogę się jeszcze zdecydować, jaką formę powinny przyjąć te oceny (1,2,3,4,5 czy np polecam/nie polecam lub świetna/średnia/kiepska). Macie jakieś pomysły?
niedziela, 26 grudnia 2010
Powrót Czarnej Kompanii, Glen Cook

Zapraszam do zapoznania się z kolejną recenzją, pisaną dla portalu Fantasta.
Wznowienie serii o Czarnej Kompanii było, moim zdaniem, jedną z najbardziej trafnych decyzji wydawnictwa Rebis. Dzięki temu kolejne pokolenia czytelników mogą zapoznać się z tym fenomenalnym dziełem, bez konieczności buszowania po antykwariatach i walki o poszczególne tomy, z czym, swego czasu, sama się borykałam. Ale do meritum – Powrót Czarnej Kompanii to już trzeci tom zbiorczego wydania jednego z najważniejszych cyklów fantasy, który bardzo szybko trafił na sam szczyt w moim prywatnym rankingu.
Tym razem tom składa się z dwóch powieści: Ponure lata oraz A imię jej ciemność, których cechą wspólną jest spójna narracja Murgena, nowego kronikarza Kompanii. Nie ukrywam, że zdecydowanie bardziej lubię taką jednorodną narrację, dzięki której lektura zamienia się niejako w wysłuchiwanie opowieści, co bardzo cenię w fantasy. Z drugiej jednak strony jestem zagorzałą fanką Konowała, więc trochę ubolewam, że znów Kroniki spisuje ktoś inny, nadając im jednak bardzo osobisty charakter. Murgen jest zupełnie innym kronikarzem niż Konował czy Pani, a tom Ponure lata jest przez to jednym z najdziwniejszych. Mnóstwo tu osobistych dygresji i rozważań, balansowania na granicy czasu – Murgen niejednokrotnie osuwa się w wir szaleństwa i niejako podróżuje w czasie. Swoje ataki wnikliwie opisuje w Kronikach, co na mnie zrobiło piorunujące wrażenie, zdaję sobie jednak sprawę z tego, że niektórych może to znudzić czy zwyczajnie zmęczyć, inni pogubią się w tym, co dzieje się tu i teraz, a co jest jedynie mglistym przebłyskiem przeszłości. Murgen jest zdecydowanie mniej konkretny i precyzyjny w swoich opisach niż Konował, czasem bywa chaotyczny. Glen Cook okazał się prawdziwym mistrzem w konstruowaniu narracji, tak odmiennej od poznanych dotychczas.
Powrót Czarnej Kompanii to tom nieco inny od poprzednich. Bardziej leniwy, nie naszpikowany akcją, jak to miało miejsce do tej pory. Bieg wydarzeń zdecydowanie zwolnił, duża część Ponurych lat to dramatyczny opis przeżyć Kompanii w oblężonym mieście. Opis niesamowicie realistyczny, wstrząsający i poruszający. Mam wrażenie, że mogłaby być to relacja z jakiejkolwiek prawdziwej wojny – wraz z bohaterami cierpimy głód, brodzimy po kostki w błocie, zdrapujemy paznokciami brud z poranionej skóry. Podczas lektury niemal czujemy wszechobecny smród, a nasze ciało przechodzą dreszcze na wieść o tym, że gdzieś w podziemiach ktoś pije ludzką krew. W takim świecie mało jest miejsca na miłość, która przedstawiona została w sposób bardzo oszczędny. Ten brutalny świat, w jakim przyszło żyć członkom Kompanii na długo zapada w pamięć. Akcja powieści nieco przyspiesza w tomie A imię jej ciemność, opisującym podróż do Khatovaru, który stał się prawdziwą obsesją Konowała.
Po raz kolejny wracamy do znanych już bohaterów, choć Kompania chyba nigdy nie była tak liczna, jak teraz. Obserwujemy, jak członkowie Kompanii starzeją się lub dojrzewają, widzimy, jak umierają, co nagle staje się po prostu naturalną koleją losu. Długo zastanawiałam się nad tym zabiegiem i nadal nie wiem, czy to autor swoją chłodną narracją pokazuje, że żołnierze coraz mniej emocjonalnie podchodzą do śmierci, czy to ja, czytelnik, podobnie, jak bohaterowie wystarczająco się na nią uodporniłam i z większą łatwością przechodzę nad nią do porządku dziennego. W każdym razie jest to niesamowity zabieg, który pokazuje mechanizmy wojny oraz uświadamia nam, że nawet ludzka śmierć może stać się czymś naturalnym, nad czym nie trzeba się długo rozwodzić w chwili, gdy dookoła wszystko płonie.
Co niezmiennie zachwyca w tym cyklu? Niewątpliwie cały wachlarz charakterów, w których wciąż nie ma postaci kryształowo dobrych i złych do szpiku kości. Wciąż jest tu cynizm i pragmatyczne podejście do wyznaczonych zadań, które chyba najpełniej oddaje jeden z moich ulubionych cytatów: Chciałem powiedzieć Konowałowi: Stary, jesteśmy tylko Czarną Kompanią. Jesteśmy bandą nieprzystosowanych do życia facetów, którzy umieją tylko wynajmować swoje miecze. Jasne, wdaliśmy się w z góry przegraną walkę z kilkoma dziwadłami, ale za sto lat nikogo to już nie będzie obchodzić. Uwikłaliśmy się w sprawę honoru, z powodu obietnic, jakie złożyliśmy (…). Nie próbuj jednak wmawiać nikomu, że zbawimy świat. W Czarnej Kompanii nie ma herosów czy altruistów, są ludzie, którzy z różnych powodów robią to, co muszą. Nie dorabiają do tego zbędnej ideologii, nie liczą na sławę.
Całość obrazu rewelacyjnie uzupełniają intrygi, nagłe i zaskakujące zmiany sojuszy, zdrady i niesamowite zwroty akcji. Ten cykl naprawdę czyta się z wypiekami na twarzy, sceny batalistyczne wciskają w fotel, a całość twardo siedzi w głowie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Już żałuję, że do końca pozostał jedynie ostatni tom, choć na początku byłam przerażona ilością części, które składają się na tę mroczną historię.
Powrót Czarnej Kompanii to niesamowita lektura, którą polecam każdemu. Warto jednak poznawać losy Kompanii w niewielkich odstępach czasu – po dłuższej przerwie miałam drobne problemy w połapaniem się kto jest kim z postaci pobocznych i jakie relacje łączyły danych bohaterów w przeszłości. Mam jednak nadzieję, że ten drobiazg was nie zrazi i, podobnie jak ja, staniecie się wielbicielami tego, bez wątpienia, rewolucyjnego cyklu.
Z pozostałymi recenzjami można się zapoznać na starszych stronach bloga: Kroniki Czarnej Kompanii, Księgi Południa.
czwartek, 2 września 2010
Gwiezdny pył, Neil Gaiman, audiobook

Nie wierzę w to, że czytelnictwo zaniknie, jak wyrokują już od dłuższego czasu media. Zdaję sobie jednak sprawę, że procent ludzi, którzy czytają książki, jest coraz mniejszy i zapewne wciąż będzie spadał. I stąd moje pytanie, czy literaturę wydawaną na papierze może wyprzeć taka, której słuchamy? Albo może wręcz przeciwnie, słuchana literatura podtrzyma ten tlący się już tylko ogień? Na pewno audiobooki stały się interesującą alternatywą. Alternatywą, od której do tej pory trzymałam się z daleka. Jak się okazało nie całkiem słusznie.
Pomimo sceptycznego podejścia do audiobooków ucieszyła mnie wieść, iż wygrałam Gwiezdny pył Neila Gaimana, jedną z ulubionych powieści, jednego z moich ulubionych autorów. I chociaż baśń tę znam na wylot za sprawą kilkukrotnej lektury i kilku seansów filmowych, to byłam ciekawa innego potraktowania tematu. I nie zawiodłam się.
Fabuła Gwiezdnego pyłu nie jest, jak na baśń przystało, zbyt skomplikowana. Ot, mamy młodego, nieszczęśliwie zakochanego chłopaka, krnąbrną dziewczynę i przygodę. Tristan, bo to o nim mowa, musi zdobyć spadającą gwiazdę, by jego ukochana raczyła spojrzeć nań łaskawszym okiem. Zaczyna się pełna niesamowitych przygód podróż, podczas której poznamy złe wiedźmy, kilku książąt walczących o tron, duchy i inne dziwne stworzenia. Nie ukrywam, lekkość pióra i pomysłowość Gaimana sprawiają, że jestem jego wierną czytelniczką. Z każdego, nawet banalnego pomysłu potrafi on stworzyć zapadające w pamięć, wzruszające i dowcipne dzieło.
Dokładnie tak samo jest z Gwiezdnym pyłem, powieścią, która tryska humorem, zachwyca sprawnie prowadzoną fabułą, ale przede wszystkim przypomina nam o najprostszych prawdach. W końcu to, co naprawdę ważne, jest zazwyczaj na wyciągnięcie ręki, a my zbyt często nie potrafimy tego dostrzec.
Ale nie o samej historii chciałam dzisiaj pisać, a o tym, co tak bardzo ujęło mnie w słuchaniu tej powieści. Przede wszystkim narrator, czyli niezastąpiony Artur Barciś, który idealnie sprawdził się w tej roli. Jego wielki talent ujawnił się, gdy tylko Barciś zaczął wcielać się w kolejne role. Jego głos, sposób prowadzenia narracji okazał się bardzo przyjemny, po kilku chwilach odpłynęłam i mogłam zasłuchać się w pięknej historii. Artur Barciś wykazał się również wielkim poczuciem humoru, idealnie zrozumiał klimat powieści Gaimana i rewelacyjnie go oddał.
Druga kwestia to fakt, iż po raz pierwszy mogłam poznać tę historię z ... zamkniętymi oczami! Jakie to daje nowe możliwości, jak fantastycznie pobudza wyobraźnię, naprawdę nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dzięki temu poznałam tę opowieść w zupełnie nowy sposób, za co serdecznie dziękuję.
I sprawa ostatnia. Bardzo często mam tak, że jeśli dana książką naprawdę mnie wciągnie, to staram się z nią nie rozstawać. Czytam w domu, przy obiedzie, przy komputerze, w tramwaju. Teraz mogłam słuchać jej na spacerze, na zakupach, naprawdę wszędzie. Nie sądziłam, że tak bardzo spodoba mi się takie rozwiązanie.
Nigdy nie przestanę czytać, to jedno z najwspanialszych doświadczeń, jakie mi towarzyszy, nie wykluczam jednak, że od teraz zacznę też częściej słuchać.
wtorek, 31 sierpnia 2010
Odźwierny, Marina i Siergiej Diaczenko

Fabuła skupia się na płynącej dwutorowo historii. Śledzimy losy Raula, potężnego czarnoksiężnika, który za zdradę ukarany zostaje w sposób okrutny i bolesny. Traci swoje magiczne moce i kobietę, którą kocha od czasów młodzieńczych, przez kilka lat zaklęty zostaje w… wieszak na płaszcze. Po uwolnieniu z zaklęcia staje się bezbronny, pozbawiony miłości i magii. Tak okaleczony musi zdać się na swoje człowieczeństwo, co nie jest sprawą prostą, zwłaszcza dla osoby przyzwyczajonej do posługiwania się mocą. Gdy okazuje się, że już nic nie trzyma Raula w miejscu, postanawia ruszyć na tułaczkę. W tym samym czasie do realnego świata, w którym żyje Raul pragnie przedostać się złowroga moc, szukająca w tym celu Odźwiernego, Trzeciej Siły, nie-maga, nie-człowieka. Cała podróż Raula pełna jest nienawiści i żalu dla tych, którzy zgotowali mu tak okropny los, więc zdaje się najbardziej odpowiednią osobą, która może otworzyć wrota wymiarów i wpuścić mroczną potęgę.
Druga historia to opowieść o podróży Larta Legara, równie silnego czarnoksiężnika, który był odpowiedzialny za los Raula. Pomimo faktu, iż to właśnie on staje się głównym bohaterem tej historii, to jednak jego losy śledzimy dzięki narracji pomocnika wielkiego maga, Damira.
Podróż, w jaką wyruszą nasi bohaterowie pełna jest ważnych spotkań i rozmów. Nie jest to zresztą opowieść o magach i czarach, lecz o człowieku, jego słabościach, ambicjach, o tym, co kształtuje jego charakter. Jest to powieść głęboko humanistyczna, pełna ważnych rozważań i błyskotliwych wniosków. Pod płaszczykiem fantasy otrzymujemy wzruszającą, dojrzałą powieść o nas samych.
Bohaterowie powieści potraktowani zostali przez autorów z wielką życzliwością. Postać najbardziej skomplikowana - Raul, pomimo wielu przywar bliskich każdemu człowiekowi wzbudza naszą sympatię. Do końca chcemy wierzyć, że pomimo złych wyborów, typowo ludzkiej buty i wielu nieprzemyślanych działań, cząsteczka dobra, którą posiada każdy z nas, ostatecznie zwycięży. Z postacią tą bardzo łatwo się identyfikować, szybko staje się nam naprawdę bliska. Ujmująco przedstawiono Jaszczurkę, kobietę, która musiała dokonać trudnych wyborów czy samego mistrza magii Larta. Widać, że autorzy po prostu lubią ludzi.
W literackim debiucie Diaczenków najbardziej zachwyca piękny, bardzo poetycki, emocjonalny i gawędziarski styl. Dzięki temu spijamy każde słowo ze stronic powieści i lektura zamienia się we wspaniałą ucztę. Jeszcze lepiej wypada czytana głośno w gronie bliskich osób. To jedna z tych powieści, która zachwyca. Zastanawia mnie tylko jedno – dlaczego z sagą tą zapoznajemy się tak późno? Na polskim rynku od dawna funkcjonuje wiele powieści tego ukraińskiego duetu, zdziwiło mnie więc, iż debiut ukazał się dopiero niedawno. Jednak, jak mówi znane przysłowie, lepiej późno niż wcale. W przypadku Diaczenków okazuje się to świętą prawdą.
Powieść Odźwierny polecam w zasadzie wszystkim. Fani fantasy będą zachwyceni wspaniałym, rozbudowanym światem, wykreowanym przez autorów, młodszym czytelnikom spodobają się opisy młodości Raula, jego figle i pierwsza miłość, opisana zresztą w bezpretensjonalny, uroczy sposób. Bardziej wyrobiony czytelnik dostrzeże w powieści drugie dno, które bez wątpienia go wzbogaci i zapadnie w pamięć. Myślę, że historia ta oczaruje również zagorzałych przeciwników fantastyki, którzy odnajdą tu po prostu prawdę o człowieku.
Saga Tułacze zapowiada się wyśmienicie. Z przyjemnością sięgnę więc po kolejne tomy tetralogii. Diaczenkom zazdroszczę tak wspaniałego i dojrzałego debiutu. Stworzyli powieść magiczną i porywającą, a doskonały warsztat sprawił, że jest to jedna z najlepszych książek, jaką miałam okazję przeczytać ostatnimi czasy. Naprawdę polecam.
Więcej informacji na temat książki, oceny czytelników oraz recenzję możecie znaleźć za stronie Fantasta.
czwartek, 22 lipca 2010
Ostatni rejs "Fevre Dream" , George R. R. Martin, recenzja dla portalu Fantasta
Pierwszą zaletą książki jest fakt, iż Martin umieścił jej akcję na południu Stanów Zjednoczonych drugiej połowy XIX wieku. Wspaniale zresztą oddał klimat niewolniczego południa, rewelacyjnie zarysował tło historyczne – rozwój abolicjonizmu, realia życia na Missisipi, opisy wspaniałych parowców – to wszystko wywarło na mnie spore wrażenie. Nie po raz pierwszy amerykańskie południe okazało się dla wampirów łaskawe – akcja powieści Ann Rice toczyła się przecież w Nowym Orleanie, a modny ostatnio cykl "Czysta krew" rozgrywa się w parnej Luizjanie. Coś w tym musi być!
Fabuła powieści nie jest przesadnie rozbudowana czy skomplikowana. Ot, ekscentryczny Joshua York poszukuje wspólnika, z którym mógłby pływać po Missisipi. Idealnym kandydatem okazuje się kapitan Abner Marsh – poczciwy, dyskretny, ale również stanowczy i odważny wielkolud. Ziszczeniem marzeń obu dżentelmenów staje się budowa pięknego i szybkiego parowca "Fevre Dream". W tym samym czasie na tajemniczej plantacji niedaleko Nowego Orleanu dzieją się niepokojące rzeczy. Niewolnicy przekazują sobie przerażające informacje o dziwnych balach, z udziałem bladych postaci, o zniknięciach najpiękniejszych kobiet i strasznym losie Murzynów zatrudnionych w tym miejscu. Nie trudno się domyślić, że obie historie szybko się ze sobą splotą. Ale to nie fabuła jest najmocniejszą i najważniejszą stroną powieści, lecz niesamowita, leniwa narracja, piękny język i interesująco zarysowani bohaterowie.
Na pierwsze miejsce wysuwa się oczywiście Joshua York. Nie zdradzę zbyt wiele wyjawiając, iż jest on wampirem. Jest piękny, porusza się z gracją a jego oczy potrafią przerazić najodważniejszego męża. Wampir to jednak dość nietypowy. Nie jest to bestia opętana żądzą krwi, jak choćby wampiry Stephena Kinga z "Miasteczka Salem", daleko mu też do wymuskanego kochanka ze "Zmierzchu". Jest to natomiast dość skomplikowana istota, na której mroczna, przepełniona czerwonym pragnieniem przeszłość odcisnęła silne piętno. Joshua wychowywał się wśród ludzi, czy raczej bydła, jak zwykły mawiać wampiry, i dzięki temu zrodziła się w nim wyjątkowa wrażliwość. Nie chce mordować i raczyć się krwią przypadkowo spotkanych osób, wie jednak, iż pragnienia nie można ignorować. Po wielu latach testów i niejednokrotnie krwawych eksperymentów odnalazł sposób, by wyzwolić się spod panowania bestii i zależy mu, by przekonać do niego swych braci. Z różnym zresztą skutkiem.
Bardzo interesującą postacią okazał się "ludzki" bohater, Abner Marsh. Jest to człowiek prostolinijny, bardzo odważny i honorowy, jednak niezgrabny i dość wolno kojarzący fakty. Bywa opryskliwy i nieprzyjemny, na początku wcale nie budzi sympatii czytelnika, jednak jest szalenie świadomy tego, co dzieje się wokół niego i z wielkim zaangażowaniem walczy o swoje przekonania.
Z innych ciekawych i mocno zarysowanym postaci można wskazać na Juliana, mistrza krwi, lubującego się w zabijaniu pięknych niewolnic, bardzo starego i silnego wampira, zdolnego zdominować w zasadzie każdego, oraz jego pomocnika, Zgorzkniałego Billego, okrutnika, karmiącego się naiwnie nadzieją, że kiedyś i on stanie się zabójczo groźną istotą nocy. Pozostali bohaterowie znikają zdecydowanie na drugim planie, choć również pozostają w pamięci.
Mój ulubiony fragment powieści stanowi bez wątpienia pełna pasji historia o przeszłości Yorka. Pojawiające się w niej nawiązania do postaci historycznych, takich, jak Vlad Tepes czy Gajusz Kaligula, dodają tylko smaku. Mroczne opowieści o przygodach wampira, osobliwi ludzie, których spotykał na swej drodze, okrutne przykłady ludzkich słabości... Naprawdę czyta się to jednym tchem.
Ostatni rejs "Fevre Dream" to powieść naprawdę dobra. Ciekawie przedstawione wampiry, rewelacyjne opisy, interesująco prowadzona narracja przeplatana wierszami Byrona, sprawiły, że trudno mi było oderwać się od czytania. Co ciekawe, czytałam tę powieść drugi raz, i nadal uważam ją za świeżą i wartą uwagi!
Dwa słowa o wadach powieści. Zdaję sobie sprawę, iż znajdą się tacy czytelnicy, których długie opisy zwyczajnie znużą. Tacy, którym nie spodoba się powolna narracja, cechująca powieść. Zawiedzeni mogą być również fani krwawych, przerażających horrorów. Ostatni rejs... zdaje się być bardziej mroczną powieścią obyczajową, niźli klasycznym horrorem. Mam jednak nadzieję, że każdemu, kto uwielbia powieści z duszą, powieści z klimatem, historia załogi Fevre Dream przypadnie do gustu tak samo, jak mi.
Podsumowując Ostatni rejs "Fevre Dream" to książka ładnie napisana i intrygująca. Amerykański klimat bucha z każdej niemal strony, przeplatając się z opisami wampiryzmu. Warto zwrócić uwagę na konstrukcję powieści, stopniowe budowanie napięcia, poetyckość i, oczywiście, świetny warsztat autora. Dzięki tym cechom dzieło Martina na długo zostaje w pamięci i sprawia, że do tej książki chce się wracać.
Więcej informacji na temat książki znajdziecie standardowo na portalu Fantasta.
środa, 16 czerwca 2010
Księgi Południa, Glen Cook. Recenzja dla portalu Fantasta
W zasadzie mogłabym w tym miejscu przeprowadzić wyliczankę zalet, o których wspominałam przy okazji recenzji "Kronik Czarnej Kompanii" (jak brawurowe pościgi, pojedynki, batalie, oblężenia, wartka narracja, humor, cynizm itd...), jednak na szczęście Cook przygotował kilka nowości.
Pierwsze, co rzuca się w oczy to kwestia narracji. Już w ostatniej części "Kronik..." mieliśmy małą próbkę zmian narratora – większość historii to kronika spisywana przez Konowała, część przedstawiał nam narrator wszechwiedzący, kilka fragmentów poznaliśmy dzięki opowieści zawartej w listach do Konowała. W Księgach Południa sprawa wygląda już zgoła inaczej.
Pierwszą część opowieści - "Srebrny Grot" - stanowi kronika spisywana przez Skrzynkę, młodego żołnierza, zaprzyjaźnionego z Krukiem. Opisuje on losy części Kompanii, która stara się odnaleźć tytułowy Srebrny Grot, artefakt, w którym zaklęty został duch pokonanego Dominatora. Ich losy splatają się dość szybko z grupą młodych, żądnych bogactwa chłopaków.
Druga część - "Gry cienia” to opowieść znanego nam doskonale Konowała – podróżuje on z Panią, Goblinem, Jednookim i Murgenem. Czeka ich daleka, pełna przygód i bitew droga, albowiem Konował ma nadzieję odnaleźć stare Kroniki Kompanii. Nie wszystkim jednak uda się dobrnąć do celu.
Wreszcie część ostatnia "Sny o stali" to kronika spisywana przez samą Panią. Utraciła ona co prawda swe przerażające moce, ale pozostała prawdziwą babą "z jajami". Tę część czyta się naprawdę z zapartym tchem, a sama postać Pani wybiła się na moją ulubioną.
Zdaję sobie sprawę, że zabieg ze zmianą narratora nie każdemu przypadnie do gustu (w końcu zaczynamy się przywiązywać do Konowała, może nawet trochę się z nim identyfikować i nagle następuje całkowita zmiana) mi jednak szalenie się to spodobało. Mam nawet wrażenie, że poszczególni narratorzy zostawili w powieści jakiś swój charakterystyczny styl, co bardzo cenię.
Kwestia samych bohaterów wygląda podobnie, jak w części pierwszej. Cały czas podróżujemy z bohaterem zbiorowym, który nieco się jednak zmienia. Pojawiają się całkowicie nowe postacie, część niestety tracimy, zdarzają się i tacy, którzy wrócą z zaświatów, kilku przechodzi ciekawe metamorfozy. Szczególnie interesujące zmiany zachodzą w Kruku, wcześniej zimnym jak stal, tajemniczym i śmiertelnie groźnym, obecnie jakby zakochanym, słabszym. Podobnie wygląda sprawa z Panią – okazuje się bowiem postacią dość złożoną. Z jednej strony okrutną i bezwzględną, później kruchą i kobiecą, następnie znów morderczą. Z postaci drugoplanowych, które utkwiły w mej pamięci, trzeba wspomnieć o Żabim Pysku – uroczym chochliku, który posiada wielkie moce a jego rola w całej historii jest dość niejednoznaczna i zaskakująca. Nadal bawił mnie do łez duet Goblin – Jednooki. Ich magiczne pojedynki, kłótnie i wojny, a w rzeczywistości głęboka przyjaźń wywołały niejeden wybuch śmiechu.
Księgi Południa mają wiele zalet, o których wspomniałam już przy okazji recenzji pierwszego tomu. Nadal jest to cyniczna, okrutna historia o wojnie, tym razem pojawiają się jednak pewne wątki miłosne, których się spodziewałam i nieco obawiałam. Autor poradził sobie jednak świetnie. Rozterki uczuciowe i romanse są przedstawione bardzo subtelnie i zdecydowanie uciekają na dalszy plan powieści. Dzięki temu nie męczą, a ubarwiają narrację. Fakt, iż w ostatniej części narrację przejęła kobieta też okazał się zaskakujący i bardzo ucieszył jakąś moją feministyczną cząstkę. W "Kronikach..." kobiet było dość mało – czytaliśmy o losach Pupilki i Pani, ale ich kreacje ginęły gdzieś za mężczyznami. W Księgach Południa są już bardzo widoczne i to one często sterują wydarzeniami.
Stosunkową nowością jest wątek religijny, raczej nie poruszany w pierwszej części oraz nieco więcej polityki. Zaznaczam jednak, że u Cooka wolę czytać o bitwach i walce niż o intrygach czy właśnie polityce. Mam wrażenie, jakby te aspekty były nieco słabsze.
Księgi Południa okazały się godną kontynuacją świetnie rozpoczętego dzieła. Cook nadal tworzy postacie z krwi i kości, które czasem zaskakują nas wyborami i decyzjami. Tak, jak pisałam wcześniej – nie ma tu miejsca na biel i czerń, dobrych i złych. Świat Cooka, to świat szarości, niejednoznaczności i brutalności. Wydaje mi się nawet, iż język Cooka w tym tomie stał się bardziej dosadny i ostry. Część scen czy dialogów nie nadaje się w związku z tym dla dzieci.
Pomimo oszałamiającej liczny stron przeczytałam ten tom jednym tchem i jestem z lektury szalenie zadowolona. Na pewno usatysfakcjonuje ona fanów pierwszej części, uważam bowiem, że bez znajomości "Kronik..." nie ma co brać się za kolejne tomy. Tak więc kto jeszcze nie czytał, niech prędko nadrabia! Warto!
Recenzja standardowo ukazała się na portalu Fantasta.
UWAGA! Na Fantaście do wygrania 3 egzemplarze powieści "Infekcja" S. Siglera. Odwiedzajcie regularnie dział Konkursy. Jest ich coraz więcej!
poniedziałek, 1 lutego 2010
Decathexis, Łukasz Śmigiel
Wygląda na to, że całkiem dobrze! Osobą, która sukcesywnie się do tego przyczynia jest, bez wątpienia, Łukasz Śmigiel, który zdążył już zamieszać w fantastycznym światku, a to za sprawą czasopisma poświęconego horrorowi „Lśnienie”, zbiorowi opowiadań grozy „Demony” czy licznym opowiadaniom, które coraz częściej pojawiają się w prasie. Chyba każde dokonanie tego Autora przyjęte zostaje entuzjastycznie. Cóż, nie będę się tutaj wyłamywać.
Powieść „Decathexis” to pierwszy dłuższy tekst Łukasza, z którym miałam okazję się zapoznać i prawdę mówiąc już czekam na więcej. Tę książkę czyta się naprawdę jednym tchem, wciąga bowiem czytelnika od pierwszej strony i trzyma w napięciu do samego końca (o samym zakończeniu jednak za moment). Wykreowany przez Autora świat Kirkegaardu jest niesamowity. A raczej niesamowicie okropny, ponury i brutalny. Tutaj władzę sprawuje sama Śmierć, której mieszkańcy podporządkowali każdą najdrobniejszą dziedzinę swego życia, by jak najpełniej wyrażać uwielbienie do wszechmogącej Morii. Królowa Geneview, przy wsparciu Jona Pendegasta, młodego tanatologa i Danse Macabre – królewskiego szermierza, stara się jednak zerwać z wielowiekową tradycją kultywowania śmierci. Sprowadzi to na nią oczywiście gniew wrogów. Ale na tym nie koniec. Od jakiegoś czasu z cmentarzy znikają ciała. Kto za tym stoi, co dzieje się z tymi ciałami, jaka mroczna tajemnica okrywa te wydarzenia? Na te pytania spróbuje odpowiedzieć Pendegast, prowadząc potajemne śledztwo. I to śledztwo nie byle jakie! Dla mnie to zdecydowanie najlepszy punkt książki, który Łukaszowi udał się wprost wzorcowo.
Bardzo mocną stroną powieści jest również swoisty mix gatunkowy – mamy tutaj niewątpliwie elementy horroru, przedstawione w sposób bardzo sugestywny, mamy mroczny kryminał, brawurowe pojedynki w stylu Dumasa, nieco steampunku. Ja byłam zachwycona, zdaję sobie jednak sprawę, że komuś taka mieszanka może nie przypaść do gustu.
Kolejny plus to rewelacyjny styl. Nie wiem, jak On to robi, ale stosuje z wielkim powodzeniem genialny kontrast pomiędzy ohydną treścią a pięknym, plastycznym i dopracowanym językiem. Autor opisuje gnijące, puchnące zwłoki, fruwające wnętrzności, rozliczne okrucieństwa, mlaszczące jelita, a robi to w tak piękny sposób, że czytelnik jest oczarowany. To naprawdę trudna sztuka, ale tutaj udała się w stu procentach. Mało kto potrafi tworzyć opisy o nachyleniu, nazwijmy to fizjologicznym, z takim wdziękiem, tak obrazowo, jak Łukasz.
Do tych wszystkich zalet dochodzi naprawdę imponująca wiedza z dziedziny tanatologii i tanatopraksji, która ujawnia się niby mimochodem, ale widać, że Autor naprawdę interesuje się śmiercią i sporo czasu poświęcił na zgłębienie tych zagadnień. Idealnie zresztą zachowano proporcje – czytelnik nie jest w żaden sposób tym ogromem przytłaczany, elementów typowo naukowych jest tu w sam raz.
Niestety, pomimo naprawdę wielu mocnych stron, książka ma też wady. Pojawiają się wątki kompletnie niepotrzebne, które, moim zdaniem, zwalniają tylko akcję i odciągają nas od głównej linii. Czyta się je dobrze, tworzą specyficzny klimat, ale przy takim tempie powieści wolałabym się nie rozpraszać, tylko gnać wraz z Autorem i jego bohaterami aż do wielkiego finału.
No właśnie – finał. Ja naprawdę do ostatniej strony byłam zaintrygowana, czułam spore napięcie i spodziewałam się solidnego kopa. Mój błąd – nie doczytałam, że to dopiero pierwszy tom, i zakończenie zwyczajnie mnie rozczarowało. Przy tak silnym stopniowaniu napięcia w trakcie całej powieści być może zabrakło już czegoś na sam koniec, czegoś, co zwaliłoby mnie z nóg i kazało skamleć o więcej. Być może wyniknęło to z błędnego nastawienia? Ale nie ma się co rozwodzić – słabe strony tej książki są rekompensowane przez całą resztę. Oczywiście czekam na tom drugi i łączę z nim spore nadzieje. Pomimo drobnych wad „Decathexis” jest niewątpliwie perełką, z którą trzeba się zapoznać. Do czego gorąco namawiam.
Memento Mori

