Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 maja 2011

Nocny Burmistrz, Kate Griffin

Matthew Swift powraca i musi ocalić Londyn. Nie jest tym faktem szczególnie zachwycony, zwłaszcza, że co krok ktoś próbuje go zabić, no i chodzi w nie swoich butach. Kiedy jednak zdychają kruki w Tower, zniszczeniu ulega Londyński Kamień, a na Londyńskim Murze pojawia się dziwne graffiti, innymi słowy kiedy jedna po drugiej padają wszelkie magiczne zapory chroniące miasto, ktoś musi stanąć na wysokości zadania. I nie powinien przeszkodzić mu paniczny strach przed człowiekiem w garniturze w prążki, który bez jednego dotknięcia pociął skórę ostatniego Nocnego Burmistrza w drobne, krwawe paseczki.

Kate Griffin szybko podbiła moje serce Szaleństwem Aniołów, fantastyczną powieścią osadzoną głęboko w realiach urban fantasy. Z niecierpliwością czekałam na kontynuację tej wybornej lektury i na samym wstępie mogę zaznaczyć, że poza kilkoma drobiazgami nie rozczarowałam się. Konstrukcja Nocnego Burmistrza nawiązuje do pierwszego tomu przygód miejskiego czarownika. Matthew Swift budzi się w dziwnych okolicznościach, ostatnim faktem, jaki pamięta jest odebrany telefon i mrok. Po raz kolejny jego życie jest zagrożone i nie do końca rozumie jaka jest jego rola w tym dziwnym scenariuszu. Choć zabieg ten nie powoduje już takiego zaskoczenia i ciekawości u czytelnika, jak w przypadku części pierwszej, to jednak mi osobiście naprawdę się spodobał. Traktuję to jako odwołanie do początku przygód naszego bohatera, swego rodzaju mrugnięcie okiem: Znacie to? Więc posłuchajcie… Bo dalsze dzieje Swifta to już zupełnie inna bajka.

Choć z wizją miejskiej magii zapoznaliśmy się już bardzo dobrze w ramach poprzedniej części serii, to nadal robi ona niesamowite wrażenie. Pomysł, aby wypływała ona z serca miasta uważam za jeden z najlepszych w literaturze fantastycznej, miałam jednak nadzieję, iż zostanie on nieco bardziej rozbudowany i czymś jeszcze nas zaskoczy. Niestety mamy do czynienia przede wszystkim z powieleniem starych rozwiązań. Jest to mała wada książki, związana być może z moimi ogromnymi oczekiwaniami. Wada na tyle nieznaczna, że absolutnie nie zepsuła mi przyjemności płynącej z lektury.

Książkę czyta się bardzo szybko. Nie brakuje tu galopującej akcji, zaskakujących rozwiązań i świetnych dialogów, które fantastycznie napędzają całą fabułę. Bardzo podoba mi się styl Kate Griffin – jest dowcipny, czasem cyniczny i ironiczny, bardzo plastyczny. Wciągają rewelacyjne opisy, sympatię wzbudzają różnorodni bohaterowie, nadal ciekawi dwoistość narracji. I choć sama akcja zdaje się być nieco spokojniejsza niż ta w Szaleństwie Aniołów, to wynagradza ją naprawdę rewelacyjne zakończenie. Pytanie tylko z czym będzie się musiał zmierzyć miejski czarnoksiężnik w kolejnym tomie? Trudno mi wyobrazić sobie coś bardziej spektakularnego, niż walka o uratowanie Londynu. No ale może autorka stanie na wysokości zadania i zafunduje nam coś jeszcze bardziej emocjonującego?

Wraz z kolejnym tomem postać głównego bohatera podoba mi się coraz bardziej. Matthew Swift przede wszystkim nie jest typowym bohaterem heroicznym, który z każdej opresji wychodzi cało a do tego ma kryształowe serce i wiecznie lśniącą zbroję. To człowiek, który czasem się boi, który nie chce bezsensownie się poświęcać, bywa zmęczony, cierpi. I zaklina widma w butelki po piwie.

Podobnie jak tom pierwszy Nocny Burmistrz to bardzo dobre urban fantasy z elementami mrocznego kryminału. Nie ukrywam, że jestem fanką takiego gatunku, więc lektura sprawiła mi wielką przyjemność. Dodatkowym atutem okazała się spora gama niesamowitych pomysłów, zgrabnie wplecionych w fabułę. Jednym z moich ulubionych zabiegów zastosowanych w książce jest zabawa z doskonale znanym archetypem czarownic. Czarnoksiężnik spotyka na swej drodze trzy kobiety, które w wielkim kotle… gotują herbatę. I nagle określenie „Dziewica, Matka i Starucha” nie chce jakoś przejść przez gardło na określenie tych współczesnych, miejskich wiedźm. Zainteresowała mnie również Czarna Taksówka, jej nietypowy kierowca i jeszcze bardziej nietypowa forma zapłaty za kurs. Takich perełek jest w powieści więcej!

Nocny Burmistrz to godna kontynuacja Szaleństwa Aniołów. Nie unika niestety pułapek cyklu – największy żal mam do autorki za to, że nie zagłębiła się jeszcze bardziej w kreację świata przedstawionego oraz nie przybliżyła nam mechanizmów rządzących magią. Z drugiej jednak strony uważam, że nadal jest to wyśmienita lektura dla bardzo różnych czytelników. Nie polecałabym sięgania po nią bez znajomości części pierwszej. Niby prezentuje zupełnie inną historię, niby starych bohaterów możemy poznać od nowa, jednak trudno zrozumieć istotę Matthew Swifta i jego losy bez znajomości wcześniejszych perypetii. Zresztą pomijając Szaleństwo Aniołów pozbawilibyście się wielkiej przyjemności – jest to książka, która zapiera dech w piersiach. Myślę, że Nocny Burmistrz nie oszałamia aż tak bardzo czytelnika wizją świata, bo tą już znamy, nie posiada też tak zwariowanej fabuły jak Szaleństwo Aniołów, jest jednak jej godną kontynuacją a przy tym naprawdę dobrze napisaną powieścią, która pozostawia po sobie uczucie satysfakcji z porządnej lektury. Z przyjemnością sięgnę po kolejny tom.



Recenzja napisana dla portalu FANTASTA.

niedziela, 6 lutego 2011

Szaleństwo aniołów, Kate Griffin

Londyn pulsuje magią, miejskie legendy naprawdę żyją i przepełnione są mocą, a po ulicach spacerują czarnoksiężnicy. Matthew Swift zmartwychwstał i ma do wyrównania rachunki. Oto opowieść o magii i zemście, najprawdziwsze urban fantasy w najlepszym wydaniu. I jeśli automatycznie w myślach przywołujecie Gaimana z Nigdziebądź czy Mieville`a z LonNiedynem, to idziecie dobrym tropem. Kate Griffin nie powinna zawieść nawet najbardziej wybrednych czytelników, jej książka bowiem skrzy się od magii, sączącej się z każdej kolejnej strony.

Urban fantasy to ostatnio bardzo popularny gatunek. Być może dlatego, że sprawia wrażenie, iż nie jest specjalnie wymagający – ot, jakieś fantastyczne wątki rozgrywające się we współczesnym świecie, w środowisku miejskim. Ale Kate Griffin nie poszła na łatwiznę i przedstawiła nam jedną z najbardziej oryginalnych i spójnych wizji świata, w którym magia jest czymś absolutnie naturalnym dla miasta, można czerpać ją ze stacji metra czy kubła na śmieci, każde miejsce ma swoją niepowtarzalną energię, a ci, którzy potrafią to dostrzec, posiadają potężną moc. Takie rozwiązanie bardzo mi się spodobało, wszystko tu jest logiczne i naturalne, choć miejska magia bywa kapryśna, w końcu wypływa z serca potężnej, współczesnej metropolii. Już dla samej tej wizji warto zapoznać się z tą obszerną powieścią. Atutów mamy jednak więcej.

Główny bohater, Matthew Swift to rewelacyjnie zarysowana, dość skomplikowana postać, która interesująco się rozwija. Już sam początek jego historii jest oszałamiający – nie często bowiem zdarza się obudzić po blisko dwóch latach od własnej śmierci i od razu być rzuconym w wir magicznych zdarzeń. Towarzyszyć mu będzie cała plejada niesamowitych postaci – czarowników i wróżek, motocyklistów, którzy przemieszczają się po mieście z zawrotną prędkością, ludzi, którzy tworzą magię za pomocą graffiti na murach, wróżów czy jasnowidzów. I choć drugoplanowych bohaterów mamy całą masę, nie jestem w stanie powiedzieć o nich złego słowa. Są pasjonujący! A kiedy staniemy twarzą w twarz z miejskimi legendami – Królem Żebraków czy Bezdomną, pozostaniemy oczarowani rozmachem wizji i wspaniałej wyobraźni autorki.
Choć powieść to lektura słusznych rozmiarów (bagatela 560 stron!), to jej wielowątkowość oraz szalone tempo akcji sprawiają, że nie sposób się nią zmęczyć czy znudzić. Jeśli akcja chwilowo zwalnia, to tylko po to, by złożyć hołd innemu bohaterowi – Londynowi, niesamowitej metropolii pełnej tajemniczych zakątków, mrocznych zaułków, czy nieznanych uliczek. Opisy, którymi raczy nas autorka są nienachalne i doprawdy urokliwe, wspaniale uzupełniają tę czarującą historię. Galopujący wir zdarzeń dopełniają również retrospekcje, które z czasem rzucają nieco więcej światła na dość skomplikowaną historię życia i śmierci Matthew Swifta. Czeka nas również kilka zaskakujących zwrotów akcji oraz bardzo udane zakończenie. Jednego możecie być pewni – w tej powieści może się zdarzyć wszystko!

Nie byłabym sobą, gdybym nie poświęciła chwili dialogom, w końcu jest to jeden z najważniejszych elementów powieści. Dobre dialogi pchają akcję do przodu, wywołują uśmieszki, skupiają na sobie koncentrację czytelnika. Tutaj sprawdzają się bez zarzutu. W zasadzie nie ma dialogów pretensjonalnych, niepotrzebnych czy nużących, autorka prowadzi je lekko i błyskotliwie.
Recenzja powinna zawierać również informacje na temat słabych stron książki. Z radością oświadczam – ja takich nie znalazłam! No może jedną, malutką: dlaczego trzeba czekać miesiąc na kolejny tom? Bo naprawdę chętnie zabrałabym się za lekturę dalszych przygód Matthew Swifta i szalonych, niebieskich aniołów już teraz.

Szaleństwo aniołów to jedna z najciekawszych nowości wydawniczych ostatnich miesięcy. Porywająca, zabawna i głęboko mądra, a przy tym zapewniająca wspaniałą rozrywkę. Idealnie odzwierciedla nasze czasy – iskierki magii żyją w przewodach telefonicznych, Internecie, pociągach, wszędzie tam, czego dotknęła współczesna cywilizacja. Osobiście uwielbiam to rozwiązanie. Dodatkowym atutem będzie również fakt, iż powieść skierowana jest zarówno do młodszych (byle nie zbyt młodych, autorka nie cacka się ze słownictwem), jak i starszych czytelników, których, mam nadzieję, ta powieść oczaruje tak samo jak mnie. Pod koniec lektury przypomni nam się niby znany, a jednak zapomniany banał – życie to magia. Czy można temu zaprzeczyć?

Recenzja napisana została dla portalu FANTASTA.PL.

wtorek, 18 stycznia 2011

Słodka jak krew, Petra Neomillner


Jest wredna. Ostra, jak brzytwa, piękna i śmiertelnie niebezpieczna. Koszulka z napisem „wampir” i mocny makijaż, to nie poza. To sens jej istnienia. Tak, jest wampirem. Takim, jak lubię.
Napiszę po raz setny – nie cierpię romantycznych, wzdychających do księżyca wampirów-kochanków, bardziej ludzkich, niż niejeden człowiek. Uwielbiam wampiry, które wywołują ciary na plecach i niepokój, gdy gaśnie światło. Jeśli nie gardzące ludźmi, to jednak traktujące je, jak swego rodzaju ciekawostki, stojące na niższym poziomie cywilizacyjnym. Petra Neomillner idealnie trafiła w moje gusta, tworząc niebanalną, intrygującą postać.
Kocham Pragę i już dawno marzyłam sobie po cichu, żeby przeczytać powieść o wampirach osadzoną w realiach tego wyjątkowo klimatycznego miasta. I proszę. Wraz z Kristiną Salo krążymy mrocznymi, wąskimi uliczkami Pragi, dusimy się nikotynowym dymem w zatłoczonych knajpkach, odurzają nas narkotyki i smród na Dworcu Centralnym. A dookoła grasują bestie. I to prawdziwe bestie, bo wampiry Neomillner przejmują się ludźmi głównie wtedy, kiedy muszą, smak i zapach krwi przyprawia je o doznania silniejsze niż orgazm, są drapieżnikami, które nie zapomniały o swojej naturze. Kristina, choć nieco inna od swych braci, również nie zapomina o mrocznej stronie swojej duszy. Niedokończona przemiana sprawiła, że nasza bohaterka może poruszać się za dnia, czy jeść to, co ludzie (nie żeby sprawiało jej to wielką przyjemność), jednak cały czas instynkty są najważniejsze. Widok ludzkiego mięsa mimowolnie wywołuje odpowiednią reakcję, mężczyźni, których zaprasza do domu potrzebni są jej tak długo, jak może się nimi karmić. Później mogą spadać, pozbawieni wspomnień, dziwnie zamroczeni.
Kristinie towarzyszy cała gama interesujących postaci, od zwykłych ludzi, często głupich, rzadziej fascynujących, przez wampirzą świtę, skłonną do intryg i wojen, do starszyzny, która wcale nie musi być wszechwiedząca i niezastąpiona. Najbardziej ciekawie prezentuje się postać Kaya – wampirzego egzekutora, który pamięta czasy, gdy żonę, która się znudziła, oddawano kumplom, czy po prostu się jej pozbywano. Brutalny i skuteczny, nieco przerażający, a jednak posiadający sporo magnetyzmu, Kay okaże się dobrym partnerem w działaniach Kristiny, która ma ręce pełne roboty.
Słodka jak krew to bezpretensjonalna, prosta w swej wymowie powieść na pograniczu urban fantasy, horroru i kryminału. Cięty humor, ostry, nafaszerowany wulgaryzmami język, zawrotnie szybka akcja, przerywana raz na jakiś czas zgrabnie opisanymi scenami erotycznymi sprawiają, że trudno ją odłożyć na później. To świetne czytadło, bez ambicji do bycia arcydziełem. Obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów wampirów i solidnej literatury sensacyjnej. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnie słowo autorki i możemy spodziewać się kontynuacji.

wtorek, 27 lipca 2010

Martwy aż do zmroku, Charlaine Harris

Serial True Blood bije ostatnio rekordy popularności lecz, chociaż jestem szalenie ciekawa, postanowiłam wstrzymać się z oglądaniem do czasu, aż zapoznam się z jego literackim pierwowzorem. Na szczęście ostatnio mam trochę więcej wolnego, więc staram się nadrobić książkowe zaległości.

Na pierwszy ogień poszedł Martwy aż do zmroku, pierwszy tom sagi (tfu tfu, słowo saga kojarzy mi się ostatnio bardzo, bardzo źle) opowiadającej o Sookie Stackhouse, kelnerce z Luizjany. Sookie, młoda, dość zamknięta w sobie dziewczyna ma szczególny dar – słyszy ludzkie myśli, co bywa naprawdę męczące. Pierwszą osobą, w obecności której Sookie słyszy tylko błogą cieszę jest Bill, przystojny wampir, starający się żyć wśród ludzi. Ale książka nie jest tylko romansem, który musi rozwinąć się pomiędzy tą nietypową parą. Równie ważnym wątkiem okazuje się śledztwo w sprawie brutalnych morderstw na młodych kobietach, spotykających się z wampirami oraz sama istota wampiryzmu, uznanego za wirusa. Wampiry piją więc butelkowaną krew, żyją legalnie i oficjalnie wśród ludzi i, chociaż pewne uprzedzenia pozostają, to jednak w powieści Charlaine Harris spotykamy się z interesującym pomysłem na wspólną egzystencję tych dwóch ras. Nie jestem zwolenniczką takiej wizji wampirów, ale muszę przyznać, że u Harris wpadło to całkiem nieźle.

Martwy aż do zmroku to niewątpliwie dobra powieść rozrywkowa. Nie brakuje w niej akcji, intrygi, wątku miłosnego, odrobiny erotyzmu (w przeciwieństwie do telewizyjnej produkcji HBO) całkiem dobrych dialogów, kilku dość trudnych tematów i naprawdę nieźle zarysowanych bohaterów. Szczególnie interesująco wypada oczywiście Bill, wampir, który walczy ze swą naturą, chociaż nie przestaje być groźny i niebezpieczny. Cechuje go również swego rodzaju relatywizm moralny, z jednej strony potępia bestialskie wampiry, z drugiej, nie cofnie się przed morderstwem, uważając, że pomoże ono jego dziewczynie. Aby zadomowić się w miasteczku Bill zgadza się nawet na mały wykład o historii wojny secesyjnej, którą zna oczywiście z autopsji, czym zostałam kupiona, gdyż uwielbiam wszelkie odniesienia do historii w tego typu powieściach.

Kolejne plusy to odczuwalny na łamach powieści klimat amerykańskiego południa (chociaż w tej kwestii niezaprzeczalnym zwycięzcą pozostaje powieść Ostatni rejs "Fevre Dream") oraz naprawdę zaskakujące i emocjonujące zakończenie. Autorka w ramach wątków pobocznych podjęła się również zagadnień społecznych, co też warto docenić.

Martwy aż do zmroku to nie arcydzieło w stylu Draculi, czy Miasteczka Salem, ale dobra powieść, której warto poświęcić dwa wieczory. Myślę, że książka ta zainteresuje stosunkowo szerokie grono czytelników. Z jednej strony przedstawia nieco odmienny pogląd na wampiryzm i nie jest miałkim romansidłem, z drugiej jednak idealnie wpisuje się w obecną modę.

wtorek, 9 marca 2010

Kelley Armstrong "Ugryziona"

Dziś polska premiera "Ugryzionej" kanadyjskiej pisarki Kelley Armstrong (jesteśmy szybcy, biorąc pod uwagę fakt, iż po raz pierwszy za granicą wydano tę książkę w... 2001 roku). Dzięki współpracy z portalem Fantasta miałam okazję przeczytać ją wcześniej i od razu mogę podzielić się z Wami recenzją pisaną dla portalu.


Na fali popularności historii miłosnych o wampirach, podjęto wreszcie decyzję, by pójść o krok dalej i już po blisko dziewięciu latach wydać po polsku kolejną książkę, tym razem ze świata wilkołaków. Ugryziona, autorstwa Kelley Armstrong, to powieść o jedynej na świecie kobiecie wilkołaku, która stara się prowadzić zwyczajny żywot wśród ludzi. Brzmi znajomo? Niestety tak. Jeszcze niedawno powieści o wampirach czy wilkołakach było w Polsce niewiele. Dzisiaj boję się otworzyć przysłowiową lodówkę, by nie wyskoczyła z niej jakaś nowość. Z jednej strony to dobre zjawisko – mam ogromną słabość do tego typu powieści, cieszę się więc, że jest w czym wybierać. Z drugiej jednak, coraz więcej wydaje się kiepskich pozycji, przez co trudno oddzielić ziarno od plew.

Ugryziona plasuje się gdzieś po środku. Daleko jej do klasy Wywiadu z wampirem (do którego zresztą, z niezrozumiałych dla mnie powodów, jest porównywana na okładce polskiego wydania), ale na szczęście nie jest to też infantylna i łzawa historyjka w klimatach Zmierzchu. Jeśli miałabym ją do czegoś przyrównać, to najpewniej wskazałabym na Laurell K. Hamilton – autorkę cyklu książek o zabójczyni wampirów, Anicie Blake. W obu powieściach bohaterkami są silne, młode, niezależne kobiety po przejściach, które lubią działać same i nie czekają na pomoc. U obu autorek mamy motyw romansu i sporo walk oraz współczesny świat, jako tło opisywanych wydarzeń. Armstrong wygrywa jednak na jednej płaszczyźnie – jej powieść nie jest „dziewczyńska”, co często zarzucałam Hamilton.

Dwa słowa na temat fabuły. Elena, bohaterka Ugryzionej straciła rodziców w wieku pięciu lat i od tego czasu tułała się po rodzinach zastępczych, była wielokrotnie wykorzystywana seksualnie i nieszczęśliwa. Po wielu latach takiego życia zmieniła się w twardą kobietę, która wie, czego chce i jak to zdobyć. Na studiach poznała Claytona, przystojnego, muskularnego i inteligentnego mężczyznę, który skrywał jednak mroczną tajemnicę. Kiedy wszystko zaczęło się układać idealnie Elena została ugryziona przez, mogłoby się wydawać, ogromnego psa i od tego wydarzenia już nic nie mogło pozostać takie samo.
Mało który człowiek jest w stanie przeżyć pierwszą Przemianę w wilkołaka. Elena przeżyła, chociaż nie chciała tego zaakceptować. Pod opiekę przygarnęła ją Wataha i stała się dla niej drugą rodziną. Tyle, że Elena pragnie takiej normalnej, prawdziwej rodziny, z mężem i dziećmi. Dlatego też zdecydowała się na ucieczkę do Toronto, gdzie po pewnym czasie zamieszkała z Philipem, który nie ma pojęcia o jej prawdziwej naturze.
Wataha ma jednak kłopoty, dlatego też Jeremy, Samiec Alfa, decyduje się wezwać Elenę do powrotu. I wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda.

Tyle słowem wstępu. Wstępu nieco zbyt długiego i dość nudnego, ponieważ opisane przeze mnie wydarzenia rozgrywają się na blisko pięćdziesięciu stronach powieści. Myślę, że skrócenie tej części byłoby bardzo korzystnym rozwiązaniem. Jedyny wart uwagi fragment to Przemiana Eleney w jednej z uliczek Toronto i pierwszy bieg. Natura ludzka walczy tutaj z naturą wilka, który pragnie wolności, lasu, szaleńczego polowania i wyzwolenia. Człowiek po Przemianie w takich warunkach jest natomiast zawstydzony, upokorzony i nieszczęśliwy. Elena stara się pogodzić dwa różne światy, walczy o swoje człowieczeństwo, jednak nad pewnymi pragnieniami nie da się zapanować. Nie trudno więc zgadnąć, iż powrót na łono Watahy okaże się swego rodzaju wyzwoleniem.

Powieść Armstrong jest zdecydowanie za długa. Powtarzalność pewnych motywów (biegi w gromadzie wilkołaków, sceny erotyczne) nudzi, pomimo zapewnień, iż książka jest krwawa, zmysłowa, fantastyczna. Książka jest poprawna, dość ciekawa, ma kilka naprawdę udanych scen, lecz, moim zdaniem, jest zdecydowanie przegadana. Są w niej momenty, gdy tempo jest faktycznie zawrotne, jak np. fragment z pogonią za kundlem w dyskotece. Tu faktycznie jest szybko, krwawo i ciekawie, podobnie, jak w opisie polowania na jelenia, gdzie zwierzęcy głód i popęd miesza się z ludzkim planowaniem i myśleniem strategicznym. Przez większość jednak czasu niewiele się dzieje, a szkoda, bo rozważania nad dziką naturą drzemiącą w człowieku mogłyby by być naprawdę fascynujące. Tego brakuje, moim zdaniem, najbardziej. Elena opisuje wilkołaki, jako dzikie stworzenia, które nie panują nad swoimi namiętnościami, które traktują kobiety jedynie, jako obiekty seksualne i rzadko kiedy wiążą się w pary na całe życie. I nagle nic się nie zgadza. Wataha traktuje Elenę z czułością i miłością, Clay kocha ją na wieki i zrobi dla niej wszystko. Gdzie ta dzikość? Gdzie te kontrasty? W samej postaci Eleny również brakuje mi rozterek, dylematów związanych z jej zwierzęcą naturą. Elena ma mdłości, gdy widzi zwłoki, ma bardzo wyrobiony kręgosłup moralny, nie ujawnia się w niej zapowiadany dziki charakter, nad którym trudno panować. W powieści mamy jedynie echa tych problemów sprzed lat, gdy Elena zachowywała się, jak bardzo niebezpieczne zwierzę, zdające się jedynie na instynkt. Życzyłabym sobie, aby te zmory przeszłości czasem dały o sobie znać. Książka byłaby przez to ciekawsza, bardziej realistyczna, dawałaby więcej do myślenia.

Zaskakuje mnie, iż coraz częściej postaci, kojarzące się dotąd z horrorem, wtłaczane są raczej w ramy fantasy czy paranormal romance. Nie do końca podoba mi się ten zabieg i być może dlatego nie jestem obiektywna, oceniając tę powieść. Jestem jednak przekonana, iż zyska ona rzesze młodych fanów, bo napisana jest sprawnie, pomysł na fabułę był interesujący a i świat wilkołaków w nieco innym, niż stereotypowe, wydaniu może okazać się poczytny. Bardziej wyrobionym czytelnikom mogę polecić tę powieść, jako wakacyjne czytadło.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...