Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 marca 2011

Crescendo, Becca Fitzpatrick

Nie będzie długiej recenzji, ot kilka refleksji z lektury. Aż chciałoby się powiedzieć – jaka książka, taka recenzja. Bo niestety drugi tom sagi Becki Fitzpatrick, podobnie, jak pierwszy, nie za bardzo mi się spodobał.

Po happy endzie, jaki autorka zafundowała nam w Szeptem przychodzi miłosny kryzys. Nora zaczyna być bardzo zazdrosna o swojego buntowniczego, odzianego w czerń chłopaka, ten zaś jakoś dziwnie, i nie wiadomo dlaczego, mocno się od niej oddala. A na dodatek coraz częściej zobaczyć go można z Marcie! No która kobieta by to zniosła? Nie pozostaje więc nic innego, jak zacząć spotykać się z nowym kolegą, który we wszystkich budzi niepokój i ma talent do ściągania na siebie kłopotów. Sztampa, aż zęby bolą.

W zasadzie lista zarzutów jest podobna, jak w przypadku pierwszego tomu anielskiej sagi. Sporo pretensjonalnych wstawek, niewiele akcji, poza kilkoma sytuacjami, w których nieco wzrasta napięcie, w zasadzie przewidywalny rozwój sytuacji i dość oczywiste zakończenie. Bohaterowie niestety drażnią, zwłaszcza Nora, jej naiwność i niezrozumiałe dla mnie rozterki. Moja sympatia skierowała się jedynie w stronę prostolinijnej i wiernej przyjaciółki Nory – Vee. Jakoś od początku wydawała mi się naturalna, ot, sympatyczna dziewczyna z sąsiedztwa, której zachwyty nad przystojniakami czy marzenia o nowym ciuchu są takie swojskie, pozbawione sztuczności.

Rozumiem jednak, że takie niewymagające, sprawnie napisane czytadło może umilić ze dwa wieczory i nie widzę w tym absolutnie nic złego. Ba! Sama bardzo lubię czytadła, i, jak możecie zaobserwować na blogu, często wysoko je oceniam. Po prostu klimat tej sagi kompletnie nie przypadł mi do gustu. Być może, gdyby medialny szum wokół tego debiutu był nieco mniejszy, byłabym łagodniejsza. Wiadomo – im większe oczekiwania, tym boleśniejsze zderzenie z rzeczywistością. A rzeczywistość jest taka, że paranormalnych romansów o nastolatkach mamy całe mnóstwo i prezentują one raczej niski poziom. A mi osobiście szkoda na nie czasu, więc po kolejny tom, jeśli takowy się ukaże, na pewno nie sięgnę.

czwartek, 10 lutego 2011

Szeptem, Becca Fitzpatrick

W końcu dostałam w swoje ręce Szeptem Becki Fitzpatrick, książkę objętą szeroką akcją promocyjną, pojawiającą się jakiś czas temu w wielu miejscach w sieci. Intrygująca okładka sprawiła, że raz na jakiś czas zastanawiałam się nad kupnem tej powieści, później o tym zapominałam i tak jakoś zleciał czas. A niedawno koleżanka po prostu pożyczyła mi dwa pierwsze tomy sagi pani Fitzpatrick, przekonując, że na pewno będę zadowolona z lektury. Cóż, niestety nie do końca się to sprawdziło.
Powieść Szeptem wpisuje się w ostatnią modę na paranormal romance. Tym razem nie mamy do czynienia z wampirami, czy wilkołakami, a z aniołami. I choć tematykę anielską lubię tak, jak wampiryczną, to po raz kolejny jestem rozczarowana.
Postacie występujące w powieści są bardzo sztampowe – 16-latka zakochana w zabójczo przystojnym, buntowniczym koledze, który nie jest tym za kogo się podaje, oraz białe i czarne charaktery, pozbawione jakiejkolwiek głębi. Prosta historia, pozbawiona w zasadzie jakichkolwiek zwrotów akcji, zagadek i tajemnic. Wszystko dość przewidywalne i mało oryginalne. Ot, opowieść o miłości, jakich się ostatnio namnożyło.
W kilku punktach Szeptem to jednak lepsza lektura niż np. krytykowany przeze mnie cykl Błękitnokrwiści. Pierwsza sprawa to nastrojowość – zdarzają się tu naprawdę ładnie opisane momenty, ba! raz czy dwa po plecach przeszły mi przyjemne ciarki. Książkę czyta się całkiem nieźle, czas mija szybko i bezboleśnie, jeśli przymkniemy oko na pretensjonalne wstawki, zwłaszcza dotyczące kontaktów pomiędzy Norą a Patchem (no dobrze, przyznaję, że ja nie umiałam przymknąć, bo jestem uczulona na sceny uniesienia w stylu mrocznie, kusząco uśmiechnięty, utkwił we mnie oczy, ale rozumiem, że to nie dotyczy wszystkich ludzki, którzy potrafią czytać). Młodsze czytelniczki, które drżą na myśl o pierwszym pocałunku powinny być totalnie zachwycone, gdyż głównie tego typu problemy dręczą Norę. Książkę ratują też nieco bardziej dynamiczne sceny, związane z konfrontacją głównych bohaterów oraz nawiązania do biblijnej historii upadłych aniołów.
Podsumowując – nie jestem odbiorcą takiej literatury, dlatego też moja ocena jest dość surowa, jednak ktoś młodszy, kto dopiero zaczyna przygodę z fantastyką może poczuć się bardziej usatysfakcjonowany czy wręcz zachwycony. Skoro mam już w domu drugi tom, to i tak go przeczytam, ale raczej nie liczę na wyższy poziom. Choć, kto wie? Wiele osób uparcie twierdzi, że Crescendo jest zdecydowanie lepsze. Niedługo sama się przekonam.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Śmierć mrocznego lorda, Laurell K. Hamilton

Jeśli lubicie Anitę Blake, uroczą zabójczynię wampirów z zasadami, stworzoną przez Laurell K. Hamilton oraz sensacyjną literaturę z wampirem w tle, to absolutnie nie czytajcie tej książki. Jeżeli natomiast uwielbiacie RPG, mroczne klimaty Ravenloft w systemie Dungeons & Dragons, i literaturę opartą na tym systemie – oto, prawdopodobnie, powieść dla Was.

Śmierć mrocznego lorda, to wydana niedawno w Polsce (w USA w 1995 roku!) powieść znanej autorki, Laurell K. Hamilton. Proza zupełnie inna od tego, do czego autorka zdążyła mnie przyzwyczaić i co, prawdę mówiąc, polubiłam. Na tyle inna, że niestety nie za bardzo przypadła mi do gustu, choć jestem przekonana, że znajdzie swoich fanów.
Fabuła książki jest stosunkowo sztampowa i mało skomplikowana. Ot, na spokojne miasteczko rzucono czar. Wszyscy zmarli wstają z grobów i powracają, by dręczyć swoich bliskich. Żywe trupy ma pokonać drużyna, której przewodzi Jonathan, wytrwały tropiciel i zabójca magów, człowiek o dość mocnym kręgosłupie moralnym, wyznający proste zasady, a przy tym dość zamknięty na odstępstwa od tego, co uznał za normę. Pod jego opieką znajduje się cała galeria postaci – wojowników i wojowniczek, ludzi od brudnej roboty, najemników, którzy zwalczają zło w ponurej krainie. I właśnie bohaterów będzie dotyczył pierwszy zarzut, jaki stawiam książce.
Powieść jest stosunkowo krótka, natomiast zapoznajemy się na jej kartach z potężną grupą postaci, przedstawionych bardzo pobieżnie. Na plan pierwszy wysuwa się irytująca Elanie, młoda dziewczyna o dziwnych zdolnościach, która zaczyna podążać swoją własną ścieżką. Jej przemyślenia i wypowiedzi bywają denerwujące i infantylne, jakby tworzone na siłę. Co ciekawe, to właśnie jej powinniśmy kibicować, gdy przeciwstawia się Jonathanowi, jednak we mnie wzbudziła uczucie wręcz odwrotne. Postać ta jest drażniąca i miałka, bardzo marudna i moim zdaniem nieinteresująca. Wstyd się przyznać, ale kilkakrotnie przyszło mi na myśl „niech te zombiaki ją wreszcie zjedzą!”. Inni bohaterowie, poza wspomnianym Jonathanem, pozbawieni są w zasadzie indywidualności, nie przywiązują nas do siebie, czasem trudno ich rozróżnić. Być może, gdyby autorka zmniejszyła nieco tę drużynę, łatwiej byłoby się z nimi identyfikować i emocjonować ich przygodami, których niestety w książce też nie ma za wiele.
Zamiast wartkiej akcji, jakiej spodziewałam się po literaturze opartej na RPG, mamy mnóstwo rozwlekłych, zbędnych i nużących opisów, które wstrzymują akcję, nie wnosząc przy tym nic nowego, czy świeżego. Najgorszą jednak stroną książki są dialogi. Mdłe, bezsensowne, o niczym. Nie wspominając już o tym, że kilkakrotnie miałam uczucie deja vu, bowiem sporo fraz, czy sytuacji po prostu się powtarzało.

Oczywiście książka nie ma samych wad. Bardzo spodobała mi się sama koncepcja krainy, w której toczy się akcja powieści. Panuje w niej ponury, mroczny klimat i wszechobecne poczucie beznadziei. Kraina potrafi wysysać energię z przybyłych do niej stworzeń, jest miejscem przeklętym, areną zabawy szaleńca. Dziwne uczucie niepokoju towarzyszyło mi jeszcze długo po zakończeniu lektury. Zainteresowało mnie również podejście do samej magii – trudnej, przeklętej sztuki, opisywanej w sposób niejako namacalny. Spore wrażenie zrobiły rozważania nad konsekwencjami, jakie niesie za sobą magia - w pewnym momencie już sami zaczynami wątpić, czy sama w sobie może być zła, czy jednak ludzie wpływają na to, jaki przybiera charakter. Był to zabieg naprawdę ciekawy, zmuszający do krótkiej refleksji. Niestety, opisów czarów, całej otoczki wokół nich, było na tyle dużo, że znów szybko mnie znudziły powtarzalnością pewnych motywów.

Dużą zaletą powieści jest scena finalna, przywodząca na myśl akcję z typowych horrorów. Mroczne uliczki po zmierzchu, wypełnione armią nieumarłych, śmierć, zabierająca towarzyszy, brak pomocy ze strony mieszkańców. O tak, dla samej końcówki warto przeczytać tę książkę.

Nie wiem sama, jak powinnam ocenić tę powieść. Z jednej strony ewidentnie nie jest to literatura wysokich lotów, z drugiej potrafi oczarować klimatem. Ma wiele wad, ale z drugiej strony kilka detali sprawia, że trudno uznać ją za prozę słabą. Myślę, że mimo wszystko warto wydawać w Polsce książki tego typu. Być może zainspiruje to kolejne pokolenia do sięgnięcia po „papierowe” RPG-i, poszukiwania niesamowitych światów i kreowania własnych, bardziej emocjonujących przygód. Innych może skłonić do sięgnięcia po literaturę fantastyczną z wyższej półki. Bardziej wybredny i doświadczony czytelnik na pewno nie powinien sięgać akurat po tę pozycję. No chyba, że bardzo lubi książki osadzone w realiach systemów RPG.

Recenzja pisana dla portalu Fantasta.pl.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Eon. Powrót Lustrzanego Smoka

Zapraszam do zapoznania się z moją kolejną recenzją, która powstała dzięki współpracy z Fantastą. Z góry przepraszam za jej długość, ale tak jakoś wyszło ;)
W Imperium Niebiańskich Smoków zbliża się dzień, w którym Szczurzy Smok wybierze swojego ucznia spośród dwunastu młodych kandydatów, a następnie zjednoczy się z nim, dając mu ogromną moc kontrolowania sił przyrody. Zarówno wybrany przez Smoka uczeń, jak i jego Mistrz, mogą liczyć na zaszczyty i bogactwo na dworze Cesarza. Po przejściu odpowiedniego treningu w posługiwaniu się smoczą magią, uczeń staje się Lordem Smocze Oko i trafia do elity społecznej Imperium. W tym surowym, patriarchalnym świecie panuje jednak prawo, iż kandydatami, uczestniczącymi w ceremonii, mogą być jedynie chłopcy, kobiety bowiem nie mają dostępu do smoczej magii.

Brannon był kiedyś Lordem Smocze Oko, zna więc doskonale zasady jakimi rządzi się cała ceremonia. Poszukiwania nowego ucznia, który mógłby przystąpić do próby okazały się jednak bezowocne. Niewielu ludzi posiada dar dostrzegania Smoków, a tylko taki chłopiec może przejść szkolenie. Mistrz postawił więc całe swoje życie na jedną kartę – zdecydował się trenować młodą, kaleką dziewczynę, która posiada niezwykły dar dostrzegania wszystkich dwunastu smoków. Oboje muszą dbać o tę tajemnicę, ponieważ złamanie odwiecznych obyczajów grozi śmiercią.
Fabułę książki utkano głównie wokół przygód Eony na cesarskim dworze. Od czasów pojawienia się Zaginionego Smoka wszyscy uważają, iż posiada ona niewyobrażalną moc. Rytuał połączenia nie został jednak zakończony. Eona, z wiadomych względów, nie wyznała swego prawdziwego imienia, obawiając się płynących z tego konsekwencji. Nie poznała tym samym imienia Smoka, a jest to niezbędny warunek do tego, aby go wezwać. Od tego czasu Lustrzany Smok ukazuje się jej coraz rzadziej, ona sama zaś jest tym faktem coraz bardziej przerażona. Niezbędne okazuje się odnalezienie niezwykle cennego, czerwonego foliału, w którym może znajdować się imię Smoka. Otwiera to serię przygód i intryg, mniej lub bardziej interesujących. Okazuje się również, iż pokój w Imperium został zagrożony i to właśnie w Eonie wszyscy pokładać będą nadzieję, na uratowanie sytuacji. Ale o tym już radzę poczytać samemu.

Alison Goodman stworzyła swój świat inspirując się kulturą Wschodu. Mamy tu bardzo rozbudowany kult dwunastu smoków, obejmujących przywództwo na okres jednego roku, niesamowite, skomplikowane obrzędy i rytuały, inspirowane orientem sztuki walki i bardzo rozbudowany ceremoniał dworski. Muszę przyznać, że z początku świat przedstawiony wydawał mi się całkiem imponujący i ciekawy, wrażenie to niestety z czasem zanika, sprawia wrażenie zbyt ulotnego, często ginie nam gdzieś w drugim planie.

Historia Eony początkowo wciąga. Nie jest ona typową bohaterką heroic fantasy. Nie sprawia wrażenia ani nieśmiertelnej, ani niezniszczalnej, co często zarzucam powieściom tego typu. Eona nie jest ani specjalnie odważna, ani silna, ma wiele ograniczeń i słabości, wynikających zarówno z jej wieku, kalectwa, jak i niskiej pozycji społecznej. Przez cały czas musi zmagać się z rodzącą się w niej kobiecością, szuka swojej tożsamości, czując się jednocześnie chłopcem – w ten bowiem sposób jest wychowywana – ale i dziewczyną, która zaczyna dojrzewać. Kiedy w wyniku różnych splotów wydarzeń trafia na cesarski dwór i zaczyna piastować wysokie stanowisko, zauważymy jej brak ogłady, nieśmiałość i niepewność. Eona jest niewątpliwie zagubiona, zdana na łaskę swojego mistrza i bardzo niewielu przyjaciół, którzy stają się swoistymi przewodnikami po tym dziwnym, nieznanym świecie dworskich intryg i zależności. Narodzi się w niej oczywiście bohaterka, ale będzie to żmudny i długi proces. Pomimo tego, iż spodobał mi się pomysł na taką postać, nie potrafię się z nią identyfikować. Odnoszę wrażenie, iż Eona jest bohaterką dość papierową, nijaką. Nie ma wyrazistego charakteru, który sprawiłby, iż kibicowałabym jej w dramatycznych momentach, lub wzruszała się w przypadku niepowodzeń. Rzecz ma się podobnie w przypadku pozostałych bohaterów: Rilla, służąca, wzbudza sympatię, pełna jest bowiem matczynych uczuć, ale nie zapada w pamięć, sympatyczny Ryko, ochroniarz Lady Deli również zapowiadał się interesująco, lecz szybko uleciał z mej pamięci, przyjaciel Eony – Dillon sprawia wrażenie marionetki. Ciekawszy okazuje się mistrz Brannon, trudno bowiem zrozumieć, jakimi intencjami kieruje się trenując Eonę – czy są to ojcowskie uczucia, czy chorobliwa ambicja i chęć odzyskania bogactwa? Najbardziej interesującą postacią okazała się Lady Dela, transseksualista i jedna z najbardziej wpływowych dam dworu jednocześnie. To właśnie ona sprawia wrażenie najbardziej pogłębionej psychologicznie, realnej postaci z krwi i kości. To jej losy najbardziej mnie interesowały i przejmowały. Ciekawie zapowiadał się Lord Ido, główny wróg Eony. Zabrakło jednak pewnej konsekwencji i wyrazistości w kreowaniu tego negatywnego bohatera.

Książka napisana jest w sposób lekki i inteligentny, dzięki czemu czyta się ją stosunkowo szybko i przyjemnie, nie sposób nie zauważyć jednak, iż jest ona dość sztampowa. Dziewczyna w przebraniu chłopaka, problem dorastania, smoki – wszystko to już było. Wiele wątków powieści jest zwyczajnie zbędnych. W heroic fantasy odrzuca mnie zazwyczaj objętość książek i oczywiście wielotomowość. Najczęściej mam wrażenie, iż daną historię dałoby się opowiedzieć dużo szybciej i sprawniej, że takie opasłe tomiszcza to swego rodzaju przerost formy nad treścią. Tego wrażenia nie mogę się pozbyć również w przypadku Eona. Skrócenie powieści o jedną trzecią wyszłoby jej zdecydowanie na dobre. Słabą jej stroną jest również otwarte zakończenie. Rozumiem, iż jest to dopiero pierwszy tom, ale zwyczajne przerwanie akcji, bez żadnej sekwencji zamykającej jest dla mnie mało satysfakcjonujące.

Na koniec warto wspomnieć o pięknym języku, jakim posługuje się Goodman. Pisze ona niewątpliwie w kobiecy - poetycki sposób, wiele określeń jest naprawdę malowniczych, jak choćby „księżycowy cień” – określający eunucha czy „słoneczna używka” określająca narkotyk przyjmowany przez eunuchów, który zwiększa przyrost masy mięśniowej i wolę walki. Barwne i sugestywne opisy również robią wrażenie, przepełnione są bowiem intensywnymi kolorami, zapachami i smakami, co mnie osobiście bardzo się spodobało, chociaż nieraz opisy te były zbyt długie i zbędne. Narracja płynie dość leniwie, zdarzają się jednak pewne zwroty akcji, ciekawe, barwnie opisane sceny walki, jest i dyskretny, całkiem uroczy i nietypowy wątek romantyczny.

Reasumując: Eon. Powrót Lustrzanego Smoka to przyjemne czytadło na zimowe wieczory. Pewna sztampowość, papierowe postacie, nieco rozwlekła treść sprawiają, że nie czekam na kontynuację, gryząc palce. Jestem jednak przekonana, że jest to kolejna powieść, która znajdzie grono wielbicieli, głównie w postaci młodszych czytelników. Ja jednak nie czuję się usatysfakcjonowana lekturą, zwłaszcza, że Alice Goodman zgarnęła za nią całą pulę nagród i wyróżnień. Być może jestem zbyt subiektywna, heroic fantasy nie należy do moich ulubionych gatunków. Książkę tę oceniam jako średnią. Sprawnie napisaną, ale jednak średnią.

wtorek, 9 marca 2010

Kelley Armstrong "Ugryziona"

Dziś polska premiera "Ugryzionej" kanadyjskiej pisarki Kelley Armstrong (jesteśmy szybcy, biorąc pod uwagę fakt, iż po raz pierwszy za granicą wydano tę książkę w... 2001 roku). Dzięki współpracy z portalem Fantasta miałam okazję przeczytać ją wcześniej i od razu mogę podzielić się z Wami recenzją pisaną dla portalu.


Na fali popularności historii miłosnych o wampirach, podjęto wreszcie decyzję, by pójść o krok dalej i już po blisko dziewięciu latach wydać po polsku kolejną książkę, tym razem ze świata wilkołaków. Ugryziona, autorstwa Kelley Armstrong, to powieść o jedynej na świecie kobiecie wilkołaku, która stara się prowadzić zwyczajny żywot wśród ludzi. Brzmi znajomo? Niestety tak. Jeszcze niedawno powieści o wampirach czy wilkołakach było w Polsce niewiele. Dzisiaj boję się otworzyć przysłowiową lodówkę, by nie wyskoczyła z niej jakaś nowość. Z jednej strony to dobre zjawisko – mam ogromną słabość do tego typu powieści, cieszę się więc, że jest w czym wybierać. Z drugiej jednak, coraz więcej wydaje się kiepskich pozycji, przez co trudno oddzielić ziarno od plew.

Ugryziona plasuje się gdzieś po środku. Daleko jej do klasy Wywiadu z wampirem (do którego zresztą, z niezrozumiałych dla mnie powodów, jest porównywana na okładce polskiego wydania), ale na szczęście nie jest to też infantylna i łzawa historyjka w klimatach Zmierzchu. Jeśli miałabym ją do czegoś przyrównać, to najpewniej wskazałabym na Laurell K. Hamilton – autorkę cyklu książek o zabójczyni wampirów, Anicie Blake. W obu powieściach bohaterkami są silne, młode, niezależne kobiety po przejściach, które lubią działać same i nie czekają na pomoc. U obu autorek mamy motyw romansu i sporo walk oraz współczesny świat, jako tło opisywanych wydarzeń. Armstrong wygrywa jednak na jednej płaszczyźnie – jej powieść nie jest „dziewczyńska”, co często zarzucałam Hamilton.

Dwa słowa na temat fabuły. Elena, bohaterka Ugryzionej straciła rodziców w wieku pięciu lat i od tego czasu tułała się po rodzinach zastępczych, była wielokrotnie wykorzystywana seksualnie i nieszczęśliwa. Po wielu latach takiego życia zmieniła się w twardą kobietę, która wie, czego chce i jak to zdobyć. Na studiach poznała Claytona, przystojnego, muskularnego i inteligentnego mężczyznę, który skrywał jednak mroczną tajemnicę. Kiedy wszystko zaczęło się układać idealnie Elena została ugryziona przez, mogłoby się wydawać, ogromnego psa i od tego wydarzenia już nic nie mogło pozostać takie samo.
Mało który człowiek jest w stanie przeżyć pierwszą Przemianę w wilkołaka. Elena przeżyła, chociaż nie chciała tego zaakceptować. Pod opiekę przygarnęła ją Wataha i stała się dla niej drugą rodziną. Tyle, że Elena pragnie takiej normalnej, prawdziwej rodziny, z mężem i dziećmi. Dlatego też zdecydowała się na ucieczkę do Toronto, gdzie po pewnym czasie zamieszkała z Philipem, który nie ma pojęcia o jej prawdziwej naturze.
Wataha ma jednak kłopoty, dlatego też Jeremy, Samiec Alfa, decyduje się wezwać Elenę do powrotu. I wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda.

Tyle słowem wstępu. Wstępu nieco zbyt długiego i dość nudnego, ponieważ opisane przeze mnie wydarzenia rozgrywają się na blisko pięćdziesięciu stronach powieści. Myślę, że skrócenie tej części byłoby bardzo korzystnym rozwiązaniem. Jedyny wart uwagi fragment to Przemiana Eleney w jednej z uliczek Toronto i pierwszy bieg. Natura ludzka walczy tutaj z naturą wilka, który pragnie wolności, lasu, szaleńczego polowania i wyzwolenia. Człowiek po Przemianie w takich warunkach jest natomiast zawstydzony, upokorzony i nieszczęśliwy. Elena stara się pogodzić dwa różne światy, walczy o swoje człowieczeństwo, jednak nad pewnymi pragnieniami nie da się zapanować. Nie trudno więc zgadnąć, iż powrót na łono Watahy okaże się swego rodzaju wyzwoleniem.

Powieść Armstrong jest zdecydowanie za długa. Powtarzalność pewnych motywów (biegi w gromadzie wilkołaków, sceny erotyczne) nudzi, pomimo zapewnień, iż książka jest krwawa, zmysłowa, fantastyczna. Książka jest poprawna, dość ciekawa, ma kilka naprawdę udanych scen, lecz, moim zdaniem, jest zdecydowanie przegadana. Są w niej momenty, gdy tempo jest faktycznie zawrotne, jak np. fragment z pogonią za kundlem w dyskotece. Tu faktycznie jest szybko, krwawo i ciekawie, podobnie, jak w opisie polowania na jelenia, gdzie zwierzęcy głód i popęd miesza się z ludzkim planowaniem i myśleniem strategicznym. Przez większość jednak czasu niewiele się dzieje, a szkoda, bo rozważania nad dziką naturą drzemiącą w człowieku mogłyby by być naprawdę fascynujące. Tego brakuje, moim zdaniem, najbardziej. Elena opisuje wilkołaki, jako dzikie stworzenia, które nie panują nad swoimi namiętnościami, które traktują kobiety jedynie, jako obiekty seksualne i rzadko kiedy wiążą się w pary na całe życie. I nagle nic się nie zgadza. Wataha traktuje Elenę z czułością i miłością, Clay kocha ją na wieki i zrobi dla niej wszystko. Gdzie ta dzikość? Gdzie te kontrasty? W samej postaci Eleny również brakuje mi rozterek, dylematów związanych z jej zwierzęcą naturą. Elena ma mdłości, gdy widzi zwłoki, ma bardzo wyrobiony kręgosłup moralny, nie ujawnia się w niej zapowiadany dziki charakter, nad którym trudno panować. W powieści mamy jedynie echa tych problemów sprzed lat, gdy Elena zachowywała się, jak bardzo niebezpieczne zwierzę, zdające się jedynie na instynkt. Życzyłabym sobie, aby te zmory przeszłości czasem dały o sobie znać. Książka byłaby przez to ciekawsza, bardziej realistyczna, dawałaby więcej do myślenia.

Zaskakuje mnie, iż coraz częściej postaci, kojarzące się dotąd z horrorem, wtłaczane są raczej w ramy fantasy czy paranormal romance. Nie do końca podoba mi się ten zabieg i być może dlatego nie jestem obiektywna, oceniając tę powieść. Jestem jednak przekonana, iż zyska ona rzesze młodych fanów, bo napisana jest sprawnie, pomysł na fabułę był interesujący a i świat wilkołaków w nieco innym, niż stereotypowe, wydaniu może okazać się poczytny. Bardziej wyrobionym czytelnikom mogę polecić tę powieść, jako wakacyjne czytadło.

czwartek, 3 grudnia 2009

Kafejka u lunatyków

A słowo „średnia” idealnie opisuje czwarty tom cyklu o zabójczyni wampirów, Anicie Blake. Kafejka "U lunatyków" ma dobry tytuł. Tytuł, który przykuł moją uwagę na tyle, że sięgnęłam po książkę, z którą nie miałam żadnych skojarzeń. Dopiero lektura notki od wydawcy ujawniła, że to słynny cykl, o którym jednak kiedyś słyszałam.

Niestety w tej książce wszystkiego jest za dużo. Za dużo stworzeń (wampiry, wilkołaki, szczurołaki i tysiąc innych wariantów ze zmiennokształtnością, do… łabędzia włącznie, magowie, nag, wspominane są gargulce i trolle. Ja wymiękam. ), za dużo wydarzeń, za dużo mdłych westchnień bohaterki, za dużo dywagacji i rozterek (wybrać wampira czy wilkołaka, ojejku jejku. Uprawiać seks przedmałżeński? Nie! Ale jednak tak bym chciała…), za dużo ma petite, którym kończy się każde zdanie Jean Clode`a. A! I jeszcze za dużo dziewczyńskości w tym wszystkim. Podkreślanie po raz setny, że „fajnie mieć broń”, nuuuuudzi.

Czy czegoś jest za mało? Naturalnie! Za mało horroru w horrorze.
Gdyby objętość tej, dość pokaźnych rozmiarów, powieści zmniejszyć co najmniej o połowę (albo co się będziemy rozdrabniać? O 2/3!), to wyszłaby z tego całkiem niezła historia. Podoba mi się świat wilkołaków i tytułowa kafejka "U lunatyków", która ma świetny klimat. Jest ciężka od zwierzęcego odoru, przepełniona brutalnością. Rewelacyjna jest postać Rainy, kobiety, która chyba jako jedyna w tej książce ma jaja. Śledztwa prowadzone przez Anitę też nie są złe. Ale ginie mi ten brutalny świat w miłosnych rozterkach i dziwnych romansach. Jakbym w historii o wampirach szukała romansidła, to czytałabym Zmierzch.
Zdecydowałam, że dam jednak szansę Anicie Blake. Odnajdę pierwszy tom i pogadamy raz jeszcze. Powszechnie znaną cechą wielotomowych cykli jest przecież proporcjonalny spadek jakości, wraz z przybywaniem kolejnych tomów. Liczę, że tak jest i w tym przypadku.
Zobaczymy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...