Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 stycznia 2011

Słodka jak krew, Petra Neomillner


Jest wredna. Ostra, jak brzytwa, piękna i śmiertelnie niebezpieczna. Koszulka z napisem „wampir” i mocny makijaż, to nie poza. To sens jej istnienia. Tak, jest wampirem. Takim, jak lubię.
Napiszę po raz setny – nie cierpię romantycznych, wzdychających do księżyca wampirów-kochanków, bardziej ludzkich, niż niejeden człowiek. Uwielbiam wampiry, które wywołują ciary na plecach i niepokój, gdy gaśnie światło. Jeśli nie gardzące ludźmi, to jednak traktujące je, jak swego rodzaju ciekawostki, stojące na niższym poziomie cywilizacyjnym. Petra Neomillner idealnie trafiła w moje gusta, tworząc niebanalną, intrygującą postać.
Kocham Pragę i już dawno marzyłam sobie po cichu, żeby przeczytać powieść o wampirach osadzoną w realiach tego wyjątkowo klimatycznego miasta. I proszę. Wraz z Kristiną Salo krążymy mrocznymi, wąskimi uliczkami Pragi, dusimy się nikotynowym dymem w zatłoczonych knajpkach, odurzają nas narkotyki i smród na Dworcu Centralnym. A dookoła grasują bestie. I to prawdziwe bestie, bo wampiry Neomillner przejmują się ludźmi głównie wtedy, kiedy muszą, smak i zapach krwi przyprawia je o doznania silniejsze niż orgazm, są drapieżnikami, które nie zapomniały o swojej naturze. Kristina, choć nieco inna od swych braci, również nie zapomina o mrocznej stronie swojej duszy. Niedokończona przemiana sprawiła, że nasza bohaterka może poruszać się za dnia, czy jeść to, co ludzie (nie żeby sprawiało jej to wielką przyjemność), jednak cały czas instynkty są najważniejsze. Widok ludzkiego mięsa mimowolnie wywołuje odpowiednią reakcję, mężczyźni, których zaprasza do domu potrzebni są jej tak długo, jak może się nimi karmić. Później mogą spadać, pozbawieni wspomnień, dziwnie zamroczeni.
Kristinie towarzyszy cała gama interesujących postaci, od zwykłych ludzi, często głupich, rzadziej fascynujących, przez wampirzą świtę, skłonną do intryg i wojen, do starszyzny, która wcale nie musi być wszechwiedząca i niezastąpiona. Najbardziej ciekawie prezentuje się postać Kaya – wampirzego egzekutora, który pamięta czasy, gdy żonę, która się znudziła, oddawano kumplom, czy po prostu się jej pozbywano. Brutalny i skuteczny, nieco przerażający, a jednak posiadający sporo magnetyzmu, Kay okaże się dobrym partnerem w działaniach Kristiny, która ma ręce pełne roboty.
Słodka jak krew to bezpretensjonalna, prosta w swej wymowie powieść na pograniczu urban fantasy, horroru i kryminału. Cięty humor, ostry, nafaszerowany wulgaryzmami język, zawrotnie szybka akcja, przerywana raz na jakiś czas zgrabnie opisanymi scenami erotycznymi sprawiają, że trudno ją odłożyć na później. To świetne czytadło, bez ambicji do bycia arcydziełem. Obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów wampirów i solidnej literatury sensacyjnej. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnie słowo autorki i możemy spodziewać się kontynuacji.

wtorek, 27 lipca 2010

Martwy aż do zmroku, Charlaine Harris

Serial True Blood bije ostatnio rekordy popularności lecz, chociaż jestem szalenie ciekawa, postanowiłam wstrzymać się z oglądaniem do czasu, aż zapoznam się z jego literackim pierwowzorem. Na szczęście ostatnio mam trochę więcej wolnego, więc staram się nadrobić książkowe zaległości.

Na pierwszy ogień poszedł Martwy aż do zmroku, pierwszy tom sagi (tfu tfu, słowo saga kojarzy mi się ostatnio bardzo, bardzo źle) opowiadającej o Sookie Stackhouse, kelnerce z Luizjany. Sookie, młoda, dość zamknięta w sobie dziewczyna ma szczególny dar – słyszy ludzkie myśli, co bywa naprawdę męczące. Pierwszą osobą, w obecności której Sookie słyszy tylko błogą cieszę jest Bill, przystojny wampir, starający się żyć wśród ludzi. Ale książka nie jest tylko romansem, który musi rozwinąć się pomiędzy tą nietypową parą. Równie ważnym wątkiem okazuje się śledztwo w sprawie brutalnych morderstw na młodych kobietach, spotykających się z wampirami oraz sama istota wampiryzmu, uznanego za wirusa. Wampiry piją więc butelkowaną krew, żyją legalnie i oficjalnie wśród ludzi i, chociaż pewne uprzedzenia pozostają, to jednak w powieści Charlaine Harris spotykamy się z interesującym pomysłem na wspólną egzystencję tych dwóch ras. Nie jestem zwolenniczką takiej wizji wampirów, ale muszę przyznać, że u Harris wpadło to całkiem nieźle.

Martwy aż do zmroku to niewątpliwie dobra powieść rozrywkowa. Nie brakuje w niej akcji, intrygi, wątku miłosnego, odrobiny erotyzmu (w przeciwieństwie do telewizyjnej produkcji HBO) całkiem dobrych dialogów, kilku dość trudnych tematów i naprawdę nieźle zarysowanych bohaterów. Szczególnie interesująco wypada oczywiście Bill, wampir, który walczy ze swą naturą, chociaż nie przestaje być groźny i niebezpieczny. Cechuje go również swego rodzaju relatywizm moralny, z jednej strony potępia bestialskie wampiry, z drugiej, nie cofnie się przed morderstwem, uważając, że pomoże ono jego dziewczynie. Aby zadomowić się w miasteczku Bill zgadza się nawet na mały wykład o historii wojny secesyjnej, którą zna oczywiście z autopsji, czym zostałam kupiona, gdyż uwielbiam wszelkie odniesienia do historii w tego typu powieściach.

Kolejne plusy to odczuwalny na łamach powieści klimat amerykańskiego południa (chociaż w tej kwestii niezaprzeczalnym zwycięzcą pozostaje powieść Ostatni rejs "Fevre Dream") oraz naprawdę zaskakujące i emocjonujące zakończenie. Autorka w ramach wątków pobocznych podjęła się również zagadnień społecznych, co też warto docenić.

Martwy aż do zmroku to nie arcydzieło w stylu Draculi, czy Miasteczka Salem, ale dobra powieść, której warto poświęcić dwa wieczory. Myślę, że książka ta zainteresuje stosunkowo szerokie grono czytelników. Z jednej strony przedstawia nieco odmienny pogląd na wampiryzm i nie jest miałkim romansidłem, z drugiej jednak idealnie wpisuje się w obecną modę.

sobota, 24 lipca 2010

Vampire Huner D

Kiedy już zakochałam się w Alucardzie postanowiłam poszukać głębiej, i zaznajomić się z innymi wampirzymi produkcjami anime. Na pierwszy ogień poszedł klasyk: Vampire Hunter D, opisywany jako „pełna krwawej akcji kultowa animacja, łącząca wątki horroru i science fiction w mrocznej, gotyckiej oprawie”. Nie trudno się domyślić, iż poczułam się zaintrygowana.

Niestety, jak to mi się często zdarza, wygórowane nadzieje przyniosły odrobinę rozczarowania. Do znudzenia powtarzam, że uwielbiam wampiry w gotyckiej scenerii, a w Vampire Hunter D tego klimatu mi brakuje. Owszem, mamy potężny zamek wampirzego hrabiego a w nim mroczne lochy, ale chciałabym więcej! Część stworów, które przewijają się w filmie wydaje mi się po prostu infantylna. Moją uwagę zwróciły trzy wampirzyce, przemieniające się w węże, wyglądało to całkiem imponująco. Ale to jedyne klimatyczne stwory w tej produkcji. Na szczęście sama postać D zdaje się najmocniejszą stroną filmu. Wysoki, długowłosy, tajemniczy, skrywający twarz pod rondem kapelusza Łowca został naprawdę idealnie wykreowany i szalenie mi się spodobał.

Jeśli chodzi o fabułę, to w dużym skrócie wygląda ona tak: blond włosa ślicznotka, wbrew własnej woli, staje się wybranką księcia wampirów, który pragnie uczynić ją swoją małżonką. Aby do tego nie dopuścić wynajmuje ona Łowcę Wampirów o dość skomplikowanej osobowości i złożonej, zaskakującej przeszłości. Razem muszą stawić czoła nie tylko księciu, ale również jego kapryśnej córce i żołnierzowi, który pragnie stać się nieśmiertelny.

Film obfituje w interesujące i ciekawie zarysowane sceny walk, krew więc poleje się nie jeden raz, momentami jest również naprawdę mroczny i niepokojący. Z drugiej strony kuleją nieco dialogi, fabuła jest dość przewidywalna, nie mówiąc o pretensjonalnym zakończeniu. Moją uwagę zwróciła natomiast ciekawa kreska, o której nie umiem powiedzieć, czy mi się podoba, czy też nie. Dla mnie, laika, wydaje się po prostu interesująca.

Cieszę się, że tak szybko mogłam poznać kolejne anime traktujące o wampirach, nawet jeśli nie do końca spełniło ono moje (może zbyt wygórowane?!) oczekiwania.
Co jeszcze mi polecicie?

środa, 7 lipca 2010

Hellsing - Wampir Jej Królewskiej Mości

Image and video hosting by TinyPic
Każdy szanujący się fan wampirów zna kultowy serial „Hellsing”, który powstał na podstawie mangi pod tym samym tytułem. Ja nie znałam i bardzo się tego wstydzę. Na szczęście całkiem niedawno udało mi się nadrobić zaległości, serial pochłonęłam w mgnieniu oka i chętnie obejrzałabym jakąś kontynuację.

Ale od początku – agencja Helssing to bardzo tajna organizacja, działająca w Wielkiej Brytanii, której głównym celem jest walka w wampirami. Kieruje nią energiczna, pewna siebie, oschła arystokratka – Integra Wingates Hellsing, wierna poddana Królowej. Oprócz całkiem sporej armii, Integra posiada również wyjątkowego sprzymierzeńca. Jest nim Alucard, arystokratyczny wampir, który z tylko sobie znanych powodów służy Integrze. Cóż to jest za zachwycająca postać! Zawsze nienagannie ubrany w szkarłaty, posługujący się pięknym, poetyckim językiem, zabójczy, ironiczny, tajemniczy i potężny. Idealny wampir! Zwłaszcza, że jego stosunek do ludzi okazuje się bardzo niejednoznaczny. Z jednej strony z nimi współpracuje, z drugiej jednak większość z nich traktuje jak bydło – stworzenia gorszej kategorii, którymi gardzi. Świetne rozwiązanie!
Alucardowi towarzyszy Victoria Seras, młodziutka policjantka, która podczas jednej z akcji musi podjąć bardzo trudną decyzję – przeżyje, jeśli zgodzi się zostać wampirem. Jej kreacja jest również interesująca – dziewczyna chce żyć, dlatego decyduje się na przemianę, brzydzi się jednak tego, czym się stała. Nie do końca rozumie swoje moce, odmawia picia krwi i jest wyraźnie zagubiona. W „Hellingu” sporo jest zresztą interesujących postaci – Walter, lokaj Integry, będący w rzeczywistości prawdziwym Aniołem Śmierci, Alexander Andersen, ksiądz, fanatycznie zwalczający wampiry w ramach watykańskiej Sekcji XIII Oddziałów Specjalnych i Organizacji Iskariota, czy bracia Valentine. Jedyna postać, która wydała mi się niedopracowana i dziwna to Incognito, który wygląda, jakby urwał się z choinki i w ogóle nie pasuje mi do mrocznego klimatu tej historii. Doczytałam zresztą, iż jest to jedyna postać nie występująca w mandze.

„Hellsing” to serial wybitnie rozrywkowy i dużo więcej nie należy od niego oczekiwać. Cechuje go spora ilość brawurowych walk, stosunkowo prosta fabuła, mroczny klimat, łączący w sobie nowoczesne sceny walk z horrorem oraz wiktoriańskim romantyzmem. Ogląda się go z prawdziwą przyjemnością, każdy odcinek kończy się w takim momencie, że zżera nas ciekawość, co stanie się w następnym. Gwarantuję, że bardzo trudno się od niego oderwać. Do zalet dodam jeszcze ładną kreskę i wspaniałą muzykę – wychodzi z tego całkiem sympatyczne dzieło, do którego chętnie wrócę.
Jeśli chodzi o wady – odcinki 7-13 wydają mi się nieco słabsze niż te pierwsze, bywają bardziej rozwlekłe i troszkę tracą klimat, który uznaję za najmocniejszą stronę serialu. Ale jest to wrażenie bardzo subiektywne. Nie czytałam mangi, często jednak zarzuca się serialowi dość luźne podejście do pierwowzoru. Mi to nie przeszkadza, ale rasowym fanom może…

Bez zastrzeżeń polecam ten serial wszystkim, którzy lubią klimatyczne historie o wampirach – mam nadzieję, że zostaniecie tak samo wciągnięci w tę historię, jak ja.

piątek, 2 lipca 2010

Krwawe igrzyska, Ch. Q. Yarbro - recenzja dla portalu Fantasta

Gdyby istniał sprawdzony przepis na klimatyczną powieść o wampirach, to pewnie wyglądałby mniej więcej tak: bierzemy jednego, wiekowego wampira i osadzamy w ciekawej epoce historycznej, dokładamy do tego piękną kobietę, przyprawiamy szczyptą intryg i suto podlewamy krwią. Zdawać by się mogło, że według takiego pomysłu powstanie wspaniała, porywająca, nieco straszna i romantyczna historia. Niestety nic bardziej mylnego.

Trzeci tom przygód wampirzego hrabiego, Saint Germaina, posiada w sobie wszystkie wyżej wymienione składniki. Saint Germain jest bardzo starym i doświadczonym wampirem, który aktualnie przebywa w starożytnym Rzymie z okresu I wieku naszej ery. W tle mamy więc okrutne rządy Nerona, całą serię zmian na tronie, aż do rządów Flawiuszy, krwawe walki gladiatorów, brawurowe wyścigi rydwanów, tajemnicze intrygi dworskie i piękną, nieszczęśliwą Ację Oliwię Klemens. Brzmi intrygująco? Owszem. Klimat starożytnego Rzymu został oddany w powieści wspaniale. Opisy igrzysk organizowanych przez zmieniających się, jak w kalejdoskopie cesarzy, również potrafią zachwycić. Barwne opisy uczt, pełnych pijaństwa, obżarstwa i innych atrakcji mogą zrobić wrażenie. Tylko gdzieś po drodze zgubił nam się wampir.

Saint-Germain, przyjmujący w tej części imię Rakoczego Sanct` Germaina Franciskusa to miły, przystojny osobnik, pełen odrazy dla rozrywek, którymi karmią się mieszkańcy zepsutego Rzymu. Jest wrażliwy tak bardzo, że zakochuje się w maltretowanej i wykorzystywanej przez męża arystokratce, jednak jego nadludzkie moce i potęga wielu wieków doświadczeń nie są wystarczające by wyrwać ukochaną z rąk męża, intryganta-potwora. O nie! Saint Germain przeżywa katusze, pęka mu serce, tęskni, myśli, pociesza i raz na jakiś czas bierze w ramiona ukochaną Ację, lecz ta, przez dobrych kilka lat pozostaje pod władzą męża, który wyczynia z nią coraz to dziwniejsze rzeczy. Stary wampir nie jest w stanie jej uratować, ani pozbyć się w tajemnicy okrutnika, który stoi na drodze do wspólnego szczęścia. Niezbyt przekonujące rozwiązanie.

Sprawa druga – horror, albo i jego brak. Powieści Yarbro reklamowane są jako romantyczne horrory w klimatach Anne Rice i pierwszy tom cyklu - "Hotel Transylwania", śmiało mógł za taki uchodzić. Nie da się tego powiedzieć o Krwawych igrzyskach, które może i są ciekawą powieścią historyczną, ale są również ckliwym romansidłem z nie-wampirem w tle. No chyba, że ja źle rozumiem pojęcie horroru – może chodzi tu o to, że przeżywamy prawdziwy horror, czytając o rozterkach i uniesieniach miłosnych głównego bohatera.
To co razi jednak najbardziej, to powielanie rozwiązań wprost z poprzednich części tomu. Jeśli istnieje kolejna część tego cyklu, to łatwo przewidzieć, iż Saint Germain dla odmiany pojawi się np. w starożytnym Egipcie, gdzie pozna oszałamiająco piękną kapłankę, która jest wykorzystywana seksualnie przez, dajmy na to, faraona. Po wielu perypetiach Saint Germain, nie robiąc nikomu krzywdy będzie mógł już na zawsze (które w przypadku wampira jest pojęciem względnym) być z ukochaną, dobierając się, od czasu do czasu, do jej słodkiej szyjki. Fabuła we wszystkich trzech częściach tego cyklu wygląda dokładnie tak.

Powieść Yarbro bardzo mnie rozczarowała. Czyta się ją całkiem miło i szybko, wiele opisów i wątków pobocznych wypada całkiem zgrabnie, ale wszystkie zalety giną w obliczu głównego zarzutu. Wampir pojawia się w powieści chyba tylko w celach marketingowych, nie ma on bowiem żadnej cechy wampira (poza tym, że trochę zasłabł, kiedy musiał pływać na tratwie bez swoich osławionych butów, w podeszwach których znajduje się ziemia z ojczystych stron). Jest to zwykły człowiek, który ubiera się na czarno i nie jada publicznie. Zabrakło odrobiny bestii. I ja rozumiem, że ciekawym zabiegiem jest przedstawienie wampira, jako najmniejszego zła w okrutnych czasach starożytnego Rzymu. Czasach, w których życie ludzkie dla cesarza nie warte było splunięcia, a nie najmądrzejszy lud rzymski żądał tylko chleba i igrzysk. Ale dlaczego wampir nie ma żadnych problemów z żyjącą w nim bestią? Dlaczego nie musi walczyć z pragnieniem na widok wsiąkającej w arenę krwi? Nie czuje jej słodkiego, nęcącego zapachu? Dlaczego nie targają nim zwierzęce emocje?

Świetnym pomysłem wydawała mi się chronologia wydarzeń w cyklu. Akcja kolejnych tomów rozgrywa się bowiem coraz wcześniej. W "Hotelu Transylwania" poznawaliśmy XVIII-wieczy Paryż, w "Pałacu" odwiedziliśmy renesansową Florencję, Krwawe igrzyska wprowadziły nas w klimat starożytnego Rzymu. Wiele oczekiwałam po tym zabiegu. Wydawało mi się, że w części pierwszej nasz bohater jest inny (bardziej opanowany, elegancki itp.) niż wcześniej, gdyż wiele się uczy, żyjąc tyle czasu. Niestety wampir z Krwawych igrzysk ma taką samą wiedzę, takie same maniery i powściągliwość, jak ten z "Hotelu Transylwania". Traktuję to jako zmarnowany pomysł.

Podsumowując – Krwawe igrzyska to interesująca powieść historyczna. Warto do niej zerknąć, jeśli ktoś interesuje się starożytnością i lubi poczytać fantastykę w takim klimacie, bo to właśnie elementy charakteryzujące epokę wybijają się na pierwszy plan. Nie warto po nią sięgać, jeśli lubimy horrory, a nie daj Boże wampiry. No chyba, że podobał się nam "Zmierzch", wtedy Krwawe igrzyska mogą okazać się prawdziwym odkryciem i na tle jeszcze bardziej ckliwego Edwarda, Saint Germain może okazać się całkiem interesującą, złożoną postacią. Fani gotyckich horrorów srodze się rozczarują, zdenerwują a nawet poprzeklinają nad stronicami powieści Yarbro.

Więcej informacji na temat książki, oraz recenzja na portalu Fantasta.

wtorek, 29 czerwca 2010

Infekcja, Scott Sigler - recenzja dla portalu Fantasta

Znacie to drażniące uczucie swędzenia, gdy zostaniecie ugryzieni przez komara? Trudno być wtedy na tyle opanowanym, by choć trochę nie drapać podrażnionego miejsca. A co, jeśli swędzenie jest tak okropne, że jesteście w stanie rozdrapywać to miejsce do krwi, rozrywać skórę paznokciami tylko po to, by uczucie zniknęło? A jeśli powiem Wam, że takie swędzenie powodują tajemnicze Trójkąty, które zaczynają żyć pod Waszą skórą? Naprawdę żyć – słyszycie ich głosy w głowie, czujecie ich ruch, ich wzrost, karmicie je, by samemu nie umrzeć z głodu. Zaczynacie z nimi rozmawiać. Mówią Wam o Żołnierzach, którzy przyjdą Was zlikwidować, wiedzą, że Wasi bliscy podsłuchują, że w każdej chwili mogą Was wydać. Że nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie moglibyście być bezpieczni. Bo każdy jest dla Was wrogiem. Jedynym wyjściem jest więc pozbycie się donosicieli i konfidentów, pozbycie się wrogów. Teraz!
Ale uczucie swędzenia i bólu nie znika. Mózg zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Już sami nie wiecie które głosy należą do Trójkątów, które reprezentują Wasze myśli. Kiedy już wymordujecie bliskich i nadal nie znajdziecie spokoju okaże się, że organizmy pod Waszą skórą chcą się wykluć. Czy można zrobić coś innego, niż podpalić dom, odrąbać sobie kończyny i strzelić w łeb? Bo inaczej to się nie skończy?
Przerażające, prawda?

Infekcja jest drukowanym debiutem Scotta Siglera. Łączy w sobie elementy horroru, thrillera, science fiction i powieści psychologicznej. Fabuła oparta została na walce z tajemniczą infekcją, odkrytą w wyniku analizy serii brutalnych morderstw i samobójstw w Stanach Zjednoczonych. Część z nich łączy wspólny czynnik – ofiary wspominają o Trójkątach, zaczynają mieć skłonności psychopatyczne, rozwija się w nich niekontrolowana agresja. Trójkąty okazują się czymś, w rodzaju pasożyta, który żeruje pod skórą żywiciela. Śledztwem (oczywiście ściśle tajnym) zajmuje się Dew Philips, agent rządowy, który podczas jednej z akcji stracił partnera. W badaniu infekcji towarzyszy mu Margaret Montoya przekonana, że sprawa dotyczy bioterroryzmu. Równolegle śledzimy losy Perry`ego Dawseya, dotkniętego infekcją i zwalczającego ją (dość brutalnie) na własną rękę.

Pomysł na powieść jest świetny. Kiedy usłyszałam o koncepcji, wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę. Walka z żyjącym pod skórą pasożytem, stany psychozy, rządowe śledztwo – brzmi rewelacyjnie. I w zasadzie od pierwszej strony Sigler przywalił czytelnikowi łopatą w łeb. Książka zaczyna się mocno i okrutnie, zapowiada jeszcze straszniejszy środek. Ale później to już bywa niestety różnie. Wielkie wrażenie wywarły na mnie opisy dotyczące Perry`ego. Ten facet naprawdę ma jaja i potrafi znieść niewyobrażalnie dużo, tylko po to, aby pozbyć się infekcji. Z czasem jednak i jego umysł zaczyna płatać figle. Najmocniejszą stroną książki okazały się właśnie opisy narastającej paranoi u Perry`ego, jego przemiany, determinacja, małe zwycięstwa okupione gigantyczną ilością krwi (głównie własnej – odruchy wymiotne gwarantowane) i porażki, gdy poddawał się infekcji i pozwalał na manipulowanie swoją osobą. Nasz strach zaczyna jednak nieco znikać, gdy Perry rozpocznie dialog z Trójkątami. Z jednej strony wiemy, że to śmiercionośne pasożyty, doprowadzające ludzi do obłędu, z drugiej ich nauka mówienia, problemy z gramatyką, krzyki... cóż, wywołują tylko lekki uśmieszek. Być może był to zamiar autora – swego rodzaju paradoks, dzięki któremu czytelnik traktuje infekcję bardziej swojsko i ludzko, by zaraz przekonać się o błędnym osądzie. Nie do końca przekonał mnie jednak ten zabieg.

Ważnym elementem powieści są opisy procesów biologicznych, jakie towarzyszą rozwojowi pasożytów. Z punktu widzenia laika mogę jedynie chylić czoła przed wiedzą autora, podaną w sposób zrozumiały i przystępny. Bałam się, że elementy badań, ze względu na brak wiedzy, mogą mnie znużyć, ale nie było ich w książce zbyt wiele. Czytałam je więc z zainteresowaniem.

Wydawca przyrównuje Siglera do Kinga. Cóż, niewątpliwie sposób zarysowania portretów psychologicznych bohaterów nasuwa takie właśnie skojarzenie. Ale u Kinga napięcie towarzyszące lekturze narasta powoli po to, by wybuchnąć z cała mocą w finale. U Siglara od razu jest mocno, powieść łapie nas za gardło, ale później jakby zwalnia uścisk. Tego zresztą się obawiałam – jeśli początek jest bardzo mocny, to co zrobić, żeby zakończenie go przebiło? Sprawa niełatwa.

Książka ma naprawdę wiele zalet – ciekawi bohaterowie, dobry pomysł na fabułę, spora dawka elementów gore ale i psychologicznego niepokoju, sprawny język i szczypta humoru. Czyta się ją szybko, trzyma bowiem w napięciu i wciąga. Kto więc odpowie mi na pytanie, co w tak dobrze zapowiadającej się powieści robią kosmici?! Dlaczego nie rozwinięto nowatorskiego pomysłu bioterroryzmu? Dlaczego po raz kolejny kosmici szukają bramy, by dostać się na Ziemię i nią zawładnąć? Aż chciało by się gorzko zaśpiewać "ale to już było...". I to zbyt wiele razy, by manewr ten okazał się interesujący.

Infekcję polecam zdecydowanie fanom mocnej literatury. Wskazówka znajdująca się na okładce, by nie czytać książki tuż po posiłku może okazać się przydatna. Osoby o słabych nerwach, wrażliwe na epatowanie ohydą, czy bojące się krwi powinny trzymać się od niej z daleka. Z bardzo daleka.


Więcej o książce poczytacie oczywiście na portalu Fantasta.pl.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Decathexis, Łukasz Śmigiel

Tak, jak pisałam wczoraj - moja współpraca z portalem Fantasta.pl zaowocowała pierwszą autorską recenzją dla portalu. Początek okazał się jak najbardziej pomyślny, ponieważ książka, którą dostarczono mi do recenzji okazała się świetna. Więcej informacji o powieści znajdziecie TUTAJ, poniżej natomiast moja recenzja. Mam nadzieję, że zachęcę Was do lektury!

Jak się miewa polski horror?
Wygląda na to, że całkiem dobrze! Osobą, która sukcesywnie się do tego przyczynia jest, bez wątpienia, Łukasz Śmigiel, który zdążył już zamieszać w fantastycznym światku, a to za sprawą czasopisma poświęconego horrorowi „Lśnienie”, zbiorowi opowiadań grozy „Demony” czy licznym opowiadaniom, które coraz częściej pojawiają się w prasie. Chyba każde dokonanie tego Autora przyjęte zostaje entuzjastycznie. Cóż, nie będę się tutaj wyłamywać.

Powieść „Decathexis” to pierwszy dłuższy tekst Łukasza, z którym miałam okazję się zapoznać i prawdę mówiąc już czekam na więcej. Tę książkę czyta się naprawdę jednym tchem, wciąga bowiem czytelnika od pierwszej strony i trzyma w napięciu do samego końca (o samym zakończeniu jednak za moment). Wykreowany przez Autora świat Kirkegaardu jest niesamowity. A raczej niesamowicie okropny, ponury i brutalny. Tutaj władzę sprawuje sama Śmierć, której mieszkańcy podporządkowali każdą najdrobniejszą dziedzinę swego życia, by jak najpełniej wyrażać uwielbienie do wszechmogącej Morii. Królowa Geneview, przy wsparciu Jona Pendegasta, młodego tanatologa i Danse Macabre – królewskiego szermierza, stara się jednak zerwać z wielowiekową tradycją kultywowania śmierci. Sprowadzi to na nią oczywiście gniew wrogów. Ale na tym nie koniec. Od jakiegoś czasu z cmentarzy znikają ciała. Kto za tym stoi, co dzieje się z tymi ciałami, jaka mroczna tajemnica okrywa te wydarzenia? Na te pytania spróbuje odpowiedzieć Pendegast, prowadząc potajemne śledztwo. I to śledztwo nie byle jakie! Dla mnie to zdecydowanie najlepszy punkt książki, który Łukaszowi udał się wprost wzorcowo.

Bardzo mocną stroną powieści jest również swoisty mix gatunkowy – mamy tutaj niewątpliwie elementy horroru, przedstawione w sposób bardzo sugestywny, mamy mroczny kryminał, brawurowe pojedynki w stylu Dumasa, nieco steampunku. Ja byłam zachwycona, zdaję sobie jednak sprawę, że komuś taka mieszanka może nie przypaść do gustu.
Kolejny plus to rewelacyjny styl. Nie wiem, jak On to robi, ale stosuje z wielkim powodzeniem genialny kontrast pomiędzy ohydną treścią a pięknym, plastycznym i dopracowanym językiem. Autor opisuje gnijące, puchnące zwłoki, fruwające wnętrzności, rozliczne okrucieństwa, mlaszczące jelita, a robi to w tak piękny sposób, że czytelnik jest oczarowany. To naprawdę trudna sztuka, ale tutaj udała się w stu procentach. Mało kto potrafi tworzyć opisy o nachyleniu, nazwijmy to fizjologicznym, z takim wdziękiem, tak obrazowo, jak Łukasz.
Do tych wszystkich zalet dochodzi naprawdę imponująca wiedza z dziedziny tanatologii i tanatopraksji, która ujawnia się niby mimochodem, ale widać, że Autor naprawdę interesuje się śmiercią i sporo czasu poświęcił na zgłębienie tych zagadnień. Idealnie zresztą zachowano proporcje – czytelnik nie jest w żaden sposób tym ogromem przytłaczany, elementów typowo naukowych jest tu w sam raz.
Niestety, pomimo naprawdę wielu mocnych stron, książka ma też wady. Pojawiają się wątki kompletnie niepotrzebne, które, moim zdaniem, zwalniają tylko akcję i odciągają nas od głównej linii. Czyta się je dobrze, tworzą specyficzny klimat, ale przy takim tempie powieści wolałabym się nie rozpraszać, tylko gnać wraz z Autorem i jego bohaterami aż do wielkiego finału.

No właśnie – finał. Ja naprawdę do ostatniej strony byłam zaintrygowana, czułam spore napięcie i spodziewałam się solidnego kopa. Mój błąd – nie doczytałam, że to dopiero pierwszy tom, i zakończenie zwyczajnie mnie rozczarowało. Przy tak silnym stopniowaniu napięcia w trakcie całej powieści być może zabrakło już czegoś na sam koniec, czegoś, co zwaliłoby mnie z nóg i kazało skamleć o więcej. Być może wyniknęło to z błędnego nastawienia? Ale nie ma się co rozwodzić – słabe strony tej książki są rekompensowane przez całą resztę. Oczywiście czekam na tom drugi i łączę z nim spore nadzieje. Pomimo drobnych wad „Decathexis” jest niewątpliwie perełką, z którą trzeba się zapoznać. Do czego gorąco namawiam.

Memento Mori

czwartek, 3 grudnia 2009

Kafejka u lunatyków

A słowo „średnia” idealnie opisuje czwarty tom cyklu o zabójczyni wampirów, Anicie Blake. Kafejka "U lunatyków" ma dobry tytuł. Tytuł, który przykuł moją uwagę na tyle, że sięgnęłam po książkę, z którą nie miałam żadnych skojarzeń. Dopiero lektura notki od wydawcy ujawniła, że to słynny cykl, o którym jednak kiedyś słyszałam.

Niestety w tej książce wszystkiego jest za dużo. Za dużo stworzeń (wampiry, wilkołaki, szczurołaki i tysiąc innych wariantów ze zmiennokształtnością, do… łabędzia włącznie, magowie, nag, wspominane są gargulce i trolle. Ja wymiękam. ), za dużo wydarzeń, za dużo mdłych westchnień bohaterki, za dużo dywagacji i rozterek (wybrać wampira czy wilkołaka, ojejku jejku. Uprawiać seks przedmałżeński? Nie! Ale jednak tak bym chciała…), za dużo ma petite, którym kończy się każde zdanie Jean Clode`a. A! I jeszcze za dużo dziewczyńskości w tym wszystkim. Podkreślanie po raz setny, że „fajnie mieć broń”, nuuuuudzi.

Czy czegoś jest za mało? Naturalnie! Za mało horroru w horrorze.
Gdyby objętość tej, dość pokaźnych rozmiarów, powieści zmniejszyć co najmniej o połowę (albo co się będziemy rozdrabniać? O 2/3!), to wyszłaby z tego całkiem niezła historia. Podoba mi się świat wilkołaków i tytułowa kafejka "U lunatyków", która ma świetny klimat. Jest ciężka od zwierzęcego odoru, przepełniona brutalnością. Rewelacyjna jest postać Rainy, kobiety, która chyba jako jedyna w tej książce ma jaja. Śledztwa prowadzone przez Anitę też nie są złe. Ale ginie mi ten brutalny świat w miłosnych rozterkach i dziwnych romansach. Jakbym w historii o wampirach szukała romansidła, to czytałabym Zmierzch.
Zdecydowałam, że dam jednak szansę Anicie Blake. Odnajdę pierwszy tom i pogadamy raz jeszcze. Powszechnie znaną cechą wielotomowych cykli jest przecież proporcjonalny spadek jakości, wraz z przybywaniem kolejnych tomów. Liczę, że tak jest i w tym przypadku.
Zobaczymy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...